Zrób coś tylko dla siebie

Ten tekst miał być o pracy. O tym, że tworzenie jest robieniem czegoś, niezależnie czy ma się na to ochotę, czy nie. Wiem, że tak jest i że takiego tekstu potrzebuję. Dziś jednak poszedłem jeszcze raz w tę stronę, która bardziej mnie pociągała: w stronę zabawy. Nie dlatego, że to najważniejsza rzecz w życiu, ale dlatego, że to wciąż moje zadanie do odrobienia. Coś, czego wciąż muszę się nauczyć.

W poprzednim tekście była mowa o dzieciach. Dzieci zazwyczaj umieją się bawić i dzięki temu tworzenie przychodzi im z lekkością. Gdy mamy kilkanaście lat zaczynamy zapominać o tej umiejętności. Jako dorośli, gdy zabieramy się do tworzenia, jesteśmy tak przejęci efektami, tak bardzo skupiamy się na tym, czy zadowolimy innych, tak bardzo martwimy się, że możemy sobie nie poradzić, tak bardzo przeraża nas, że może jednak nie mamy w sobie aż tak wielkiego potencjału — że z tworzenia znika cała lekkość, przyjemność i zabawa.

Zmarnowałem trochę czasu

Rzadko kiedy udaje mi się znaleźć chwile, w których robię „nic szczególnie ważnego”. Jestem raczej osobą zdyscyplinowaną. Robię to, co potrzeba, a gdy tego nie robię, to martwię się, że tego nie robię.

Wczoraj jednak udało mi się znaleźć odwagę do zrobienia czegoś bez znaczenia. Usiadłem na podłodze naszego oszklonego balkonu, otworzyłem okna. Był już prawie wieczór. Wiał lekki wiatr, wszystko było jeszcze nagrzane po pierwszym dniu ciepła. Coś wewnątrz mnie komenderowało: „Dobra pora, by pomedytować”, po chwili dorzuciło: „O tak, pięć minut medytacji, a potem wracaj do pisania”, Udało mi się jednak machnąć na to wszystko ręką i poszukać, czegoś, co pozwoli zmarnować nieco czasu. Wyciągnąłem książkę, nic zawodowego, nawet żadna tam wielka literatura. Niekoniecznie bym ją polecał. Tylko tyle, że dobrze mi się ją czytało. To był miły moment: robić coś, tylko dlatego, że mam ochotę, że daje mi to przyjemność. Nie dlatego, że to jest cenne, wartościowe, że można się tym pochwalić, nawet nie dlatego, że to ma jakikolwiek sens.

Nie wiem, czy umiałbym tak podejść do tworzenia. Pewnie nie jest to aż tak bardzo konieczne. Gdy tworzymy, nasze intencje zawsze są mieszanką i chyba nigdy nie będziemy w stanie wyczyścić się całkowicie z potrzeby „dokonania czegoś”. Nie ma zresztą takiej konieczności. Wystarczy choć nieco obniżyć ciężar tego, co robimy.

Gdy jesteś wciąż napięty — gdy wciąż masz głowę w planach, tym, co trzeba zrobić, tym, co się liczy — prędzej czy później zaczynasz odczuwać wypalenie. Zaczyna cię brakować pomysłów, czujesz się wyjałowiony.

Gdy jednak odważysz się zmarnować trochę czasu, czasem dzieje się magia. To, co spisaliśmy na straty, przynosi czasem (nie zawsze) korzyści. Wczoraj myślałem, że zmarnowałem trochę czasu (takie były moje intencje), ale okazało się, że nic podobnego. Książką, z którą usiadłem na podłodze, było „Norwegian wood” Haruki Mrakamiego. Gdy zacząłem pisać ten tekst, odkryłem, że to, co przeczytałem, było na temat.

„Kiedy wejdzie się w pewien wiek, człowiek musi grać sam dla siebie. Na tym polega muzyka”

Jedna z postaci tej powieści to pianistka Reiko. Od dzieciństwa wszyscy są z niej dumni, mówią jej, że będzie wielką pianistką, oszczędzają ją przed jakimikolwiek pracami domowymi, dbają o jej dłonie, zapewniają najlepsze warunki do ćwiczeń. Wszystko to przynosi owoce. Reiko ma talent, wygrywa konkursy, dostaje się do konserwatorium, ma najlepsze oceny, przygotowuje się do wyjazdu na stypendium do Niemiec. I nagle, przed skończeniem studiów, tuż przed ważnym egzaminem okazuje się, że nie może ruszać małym palcem lewej ręki. Dla pianisty tragedia. Masaże, okłady, wizyty u lekarzy, badania; okazuje się, że od strony fizycznej palec jest bez zastrzeżeń. To psychika. Lekarze zalecają odpoczynek, ale wyjazd i kilka tygodni przerwy upływa w cieniu obaw: A co, gdy ten palec nie ruszy?, A co, gdy moja kariera nieodwołalnie się załamała? Do małego objawu dołączają coraz poważniejsze problemy. W końcu Reiko trafia na dwa miesiące do szpitala psychiatrycznego. Kariera nieodwołalnie się załamuje. Wszyscy są rozczarowani, na czele z nią samą. Fortepian i muzyka idzie w odstawkę.

Mija jednak kilka lat i Reiko, zbiera się jakoś w całość. Wyleczona, choć nie dotykająca muzyki, jest żoną, matką i gospodynią domową. Któregoś dnia, po odprowadzeniu dziecka do przedszkola znów siada za klawiszami. Tym razem nie po to, by ćwiczyć, doskonalić się, wygrywać konkursy, zdawać egzaminy — ale tak po prostu, by po skończonych obowiązkach, sobie pograć. Ludzie robią różne rzeczy dla przyjemności. Jedni wyciągają czytadła, inni włączają telewizor lub radio, jeszcze inni media społecznościowe, są tacy, którzy wyciągają nuty i grają utwory Bacha czy Scarlattiego.

Reiko opowiada:

Zaczęłam ponownie trochę grać na pianinie. Dla nikogo tylko dla samej siebie. Po tak długiej przerwie wyczucie oczywiście nie wróciło od razu. Palce nie ruszały się tak, jak kiedyś. Ale byłam szczęśliwa. Znowu mogę grać, myślałam. Uświadomiłam sobie, jak bardzo kocham muzykę. I jak bardzo mi jej brakowało. To cudowne móc grać dla siebie samej.

A potem mówi coś, co nie zawsze łatwo sobie uświadomić:

Grałam od czwartego roku życia, ale teraz zdałam sobie sprawę, że nigdy przedtem nie grałam dla siebie samej. Grałam, żeby zdać egzamin, bo nauczyciel mi zadał albo żeby zrobić na kimś wrażenie. Oczywiście, to jest ważne dla doskonalenia własnych umiejętności. Kiedy jednak wejdzie się w pewien wiek, człowiek musi grać sam dla siebie. Na tym polega muzyka.

Haruki Murakami „Norwegian Wood”

To sztuka pisać dla siebie, rysować dla siebie, prowadzić szkolenia dla siebie (choć z innymi ludźmi), doradzać innym (dlatego, że się to lubi robić). Nie wiem, czy jestem już w tym wieku, by pisać samemu dla siebie. Być może dopiero wchodzę w ten wiek. Mam wrażenie, że wciąż staram się zrobić wrażenie, przekonać, udowodnić, uzasadnić swoją rację bytu. Rozpoznaję to po oporze, jaki czasem się pojawia przy niektórych tekstach.

Oczywiście jakiś opór jest nie do uniknięcia. Jest jednak wiele rodzajów oporu. Ten, o którym mówię, jest czymś w rodzaju skrzypienia. Wyobraź sobie wiejską drogę, taką z okolicy Anatewki (jeżeli pamiętasz „Skrzypka na dachu”) a na niej wóz z drewnianymi kołami, ciągnięty przez konia. Zwierzę ciągnie z wysiłkiem, bo wóz stawia opór. Czasem bierze się on stąd, że koło wpada w błotnistą kałużę albo droga biegnie pod górkę. Nie da się tego uniknąć. Trzeba to wziąć na klatę: zsiąść, zakasać rękawy i pchać. Ale jest coś jeszcze coś, co ma miejsce, nawet gdy droga jest sucha i biegnie z górki. Okropne skrzypienie kół, tak jakby brakowało w nich smaru.

Smar

Nie chodzi o to, by skupiać się wyłącznie na sobie i swojej przyjemności. Nie chodzi o to, by zapomnieć o całym świecie i robić tylko rzeczy przyjemne, łatwe i satysfakcjonujące. Chodzi o to, by nie stracić z oczu także wymiaru przyjemności.

Jeżeli coś robisz wciąż tylko dla przyszłości, dla innych, z poczucia obowiązku, czy też dlatego, by nie zmarnować swojego potencjału — bardzo łatwo jest trafić na blokadę. Może nie ugrzęźniesz tak dramatycznie, jak Reiko, ale twoja dostawa energii twórczej ulegnie uszczupleniu.

Wychowałem się w przekonaniu, że przyjemność to coś złego, a przynajmniej mało ważnego. Jeżeli coś jest przyjemne, to musi być podejrzane. To, co naprawdę cenne to rzeczy trudne, męczące, żmudne, wymagające. Przyjemność nigdzie nie prowadzi. Odraczanie przyjemności, samodyscyplina, pokonywanie siebie — to jedyne zalety, które się w życiu liczą. Pewnie dlatego tak wiele razy pisałem o samodyscyplinie, nawykach i wszystkich tych sprawach kojarzonych z protestancką etyką. Protestancką? Mam wrażenie, że nasz rodzimy, polski, katolicki bóg, jest zadowolony tylko wtedy, gdy dokuczasz sobie i cierpisz. Wizja, że Bóg cieszy się, gdy czujesz przyjemność (w końcu, dlaczego nie miałby się cieszyć z radości tego, co stworzył?) jest dość wywrotowa.

Mniejsza o obrazy religijne. Mam wrażenie, że gdyby tak poszukać głębiej dałoby się znaleźć w nas całkiem sporo nieufności (a może nawet lęku) wobec przyjemności, radości, czy spełnienia.

Owszem bywa, że przyjemność prowadzi na manowce. Bywa (zgoda, dość często), że za chwilę przyjemności przychodzi płacić latami męki.

To jednak nie zmienia faktu, że przyjemność jest niezbędnym elementem aktywnego, pełnego energii, twórczego życia. Przyjemność jest jak smar, który pozwala kołu się obracać. Nie potrzeba go dużo, wystarczy cienka warstwa. Sama przyjemność nie zastąpi tworzenia, tak jak wóz nie pojedzie nawet na beczce smaru. Smar jest tylko dodatkiem do koła, a nie kołem, jednak bez niego koło najpierw niemiłosiernie skrzypi, stawia opór, a potem się psuje.

Wbrew pozorom odczuwanie przyjemności, smakowanie (savouring), rozkoszowanie się czymś, jest umiejętnością, którą trzeba w sobie rozwijać.

Stwórz warunki

Aby poczuć przyjemność trzeba umieć puścić się tych wszystkich wygórowanych oczekiwań. Odpuścić sobie całą tę gadkę o pełni potencjału, sukcesie, zmienianiu świata itp. O tym była mowa w poprzednim tekście.

Myślę, że drugą rzeczą jest stworzenie sobie odpowiednich warunków. Przecież od warunków, w jakich coś robimy (pory, otoczenia, ludzi), sporo zależy. Pisanie wieczorem, gdy człowiek jest wypruty po całym dniu, to coś innego niż pisanie rano, gdy umysł jest świeży. Tworzyć można o każdej porze. Jak nie ma się wyboru, człowiek jest w stanie przystosować się nawet do wyjątkowo nieprzyjemnych pór. Jeżeli jednak tylko mamy możliwość, warto zastanowić się nad tym, kiedy jest najfajniej.

Podobnie z warunkami. Pisać można wszędzie, na stole kuchennym, w tramwaju, stojąc w kolejce. Jeżeli nie masz szans na lepsze warunki, nie zostaje ci nic innego, jak się dostosować. Jeżeli jednak masz taką możliwość, lepiej poszukać dobrych warunków. Może warto urządzić siebie pracownię, przynajmniej wygospodarować specjalny kąt, warto czasem poeksperymentować z nietypowymi miejscami (kawiarnia, park, ogród itp.).

W jakich warunkach twoje tworzenie sprawia ci przyjemność? Parafrazując powiedzenie jednego z chasydzkich cadyków (chyba rabiego Nachmana z Berdyczowa): „Jeżeli nie zadbam o siebie, to kto o mnie zadba? Jeżeli nie teraz, to kiedy?”.

Zadbaj o siebie, szczególnie wtedy, gdy jesteś jedną z tych porządnych, zasadniczych osób, dla których ważny jest rozwój, wartości i wszystko, co czyni człowieka wielkim.

Rozluźnij się

Załóżmy, że stworzyłeś odpowiednie warunki do tworzenia. Zamknąłeś drzwi do swojej pracowni, usiadłeś za biurkiem, włączyłeś muzykę, postawiłeś obok filiżankę dobrej kawy — cokolwiek, co ci pozwala poczuć się dobrze. I co teraz czuję? Przyjrzyjmy się doznaniom płynącym z ciała. Ramiona są napięte. Klatka piersiowa zapadnięta, oddech płytki, czoło zmarszczone, gdybym popatrzył w lustro, zobaczyłbym srogą minę. Stopa wystukuje nerwowy rytm.

Niektórym, pewnego rodzaju napięcie pomaga. Sprawia, że szybciej startują i szybciej się rozkręcają. Sama oceń, jak to jest z tobą. Czy to, co czujesz w swoim ciele na początku, pomaga ci, czy utrudnia działanie? Gdy następnym razem będziesz zabierać się do robienia tego, co dla ciebie ważne, przyjrzyj się swojemu ciału. Co się w nim dzieje? Jakie partie mięśni są napięte, a jakie rozluźnione?

Co by było, gdyby rozluźnić napięcie? Co by było, gdyby zamknąć oczy, wyprostować kręgosłup i głęboko pooddychać, rozluźniając kolejne partie mięśni?

Gdy prowadzę szkolenia, zazwyczaj stosuję tego rodzaju procedurę. Czasem robię to, patrząc za okno, ale gdy w sali są już uczestnicy, idę do toalety i tam sprawdzam, co się dzieje z moimi mięśniami. Mało romantyczne miejsce, ale działa. Potem wracam do sali, starając się być skupionym na tu i teraz, czuć każdy krok i wciąż być rozluźnionym. Dzięki temu łatwiej mi nawiązać kontakt i być w pełni obecnym. Gdy o tym wszystkim zapominam, zaczynam szkolenia z myślami krążącymi wyłącznie wokół programu, treści materiałów, nie widzę ludzi, nie jestem otwarty na chwilę obecną.

Rozluźniam się i przywołuję do obecności, przed szkoleniami, czy spotkaniami z ludźmi, ale rzadko przed pisaniem. Co robię przed pisaniem? Najczęściej przeglądam listę rzeczy, które mam do zrobienia. Planuję, co trzeba napisać, określam ile mam na to czasu. Słowem stresuję sam siebie. Czasem napięcie  jest tak duże, że otwieram przeglądarkę i jeszcze bardziej je powiększam, odwlekając i czytając rzeczy, które nic nie wnoszą. Zamiast się rozluźnić, dodatkowo się spinam.

Każde twórcze działanie wymaga rozluźnienia. Nie chodzi o senne, rozleniwione rozluźnienie, które przytępia zmysły, miesza myśli i sprawia, że jesteśmy nieobecni. Chodzi o rozluźnienie połączone z pełną gotowością działania i obecnością. Takie rozluźnienie tworzy coś w rodzaju wewnętrznej przestrzeni, w której mogą się pojawiać nowe pomysły czy idee.

W książce „Akwarium” Wiktor Suworow przytacza rady, jakie dostał przed akcją szpiegowską od swojego oficera:

Po na pisaniu planu weź się do przygotowań. Odpręż się maksymalnie, posiedź w saunie. Wyrzuć z siebie wszystkie negatywne emocje, stresy, wątpliwości. Kiedy już odprężysz się należycie, posłuchaj Wysockiego, na przykład „Obławy”. Ta muzyka powinna brzmieć w tobie podczas całej operacji.

Oficer GRU nie jest wyrocznią, coś w tym jednak jest. Odpręż się, rozluźnij, zrób kilka ćwiczeń rozciągających. Włącz muzykę, która odpowiednio cię nastraja (niekoniecznie Wysockiego, dziś słucham Larsa Danielsona, wczoraj The Beatles).

Bezczynność od czasu do czasu

Rozluźnić się warto nie tylko tuż przed działaniem. Warto regularnie to praktykować. I nie chodzi mi o medytację. Ludzie robią z medytacji obowiązek, coś, czym można się pochwalić przed innymi, ważne zajęcie, które trzeba wykonać z pełnym spięciem. Chodzi po prostu o to, by każdego dnia celowo zostawić sobie czas na robienie niczego ważnego. Jeżeli to będzie medytacja, w porządku, ale równie dobrze może to być leżenie na kanapie.

Oliver Sacks, profesor neurochirurgi i autor wielu popularnych książek na ten temat (np.: „Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem”) opowiadając o swoich twórczych nawykach zwierza się, że popołudniami…:

…czasami śpię lub leżę na kanapie, rozmyślając. Wprowadza to mój mózg w stan „bezczynności” lub „nieobecności”. Pozwalam mu bawić się obrazami i myślami. Jeśli mi się poszczęści, powracam z tego stanu z uzupełnioną energią i rozjaśnionymi myślami.

Bezczynność czy marnowanie czasu jest elementem twórczości. Dzięki niej możemy korzystać z zasobów nieświadomości (zajmiemy się tym później). Oczywiście sama bezczynność nie jest rozwiązaniem, by coś z niej wyszło, musi jej towarzyszyć praca i napieranie. I teraz nie ma już wyjścia. Od następnego tekstu zajmę się tym, jak intensywnie napierać, choć bez utraty lekkości.

Zostaw komentarz