W poszukiwaniu uczciwej informacji zwrotnej

Opisałem to tydzień temu. Znajoma dała mi wydany własnym sumptem zbiór esejów. Nie podobały mi się. Jej teksty były kiepskie. Gdy zapytała, co myślę, skłamałem, mówiąc, że nie miałem okazji dokładnie przeczytać, ale wydaje się to ciekawe.

Gdy to napisałem i opublikowałem, dostałem maila:

Zastanawiam się, czy chciałabym, żeby ktoś tak potraktował mój tekst… Czyli uznał za beznadziejny i nic mi o tym nie powiedział… To wprawdzie odbiór tej osoby, aczkolwiek zwykle coś mówi, to jakaś zwrotna informacja.

Zgadzam się. Też bardzo bym nie chciał, bo przecież nie po to piszę, by ktoś wydusił z siebie zdawkowe „ciekawe, ciekawe, coś w tym jest”.

Dlaczego lepiej usłyszeć „nie podoba mi się”, niż „coś w tym jest (czyli maskowana krytyka pozbawia sił twórczych)

Nie ma gorszej reakcji niż uprzejma, ale nieszczera pochwała. A przecież tym jesteśmy wciąż otaczani. Od dzieciństwa. „Kochanie, jaki piękny rysunek!”. „Jakie to ładne”. „Jaka mądra jesteś”, „Jak pięknie śpiewasz”, „Jak wspaniale radzisz sobie z komputerami”, „Jaki genialny jesteś”. To jeden z najprostszych sposobów, by umieścić dziecko w bańce, którą życie prędzej czy później przekuje, zostawiając je z poczuciem „Tak naprawdę to nic mi nie wychodzi”.

Gdy słyszę taką pochwałę, jedna część mnie chce wierzyć w to, że jestem taki dobry, sprytny i uzdolniony, druga jednak wyczuwa w tym wszystkim fałsz i dochodzi do wniosku, że to wszystko jest udawane, że ja sam jestem udawany, że jestem tak naprawdę impostorem, podróbą, fałszywką twórczy.

Ci, którzy otrzymują w roli pochwał jedynie białe kłamstwa, mają nawet gorzej niż ci, którzy dostają jedynie krytykę.

Działa tutaj coś, co psychoanalitycy nazywają „odrzuceniem maskowanym kłamstwem”. Wiadomo, że gdy np. odrzuca cię matka, rośnie twój poziom lęku. Jednak to nie samo odrzucenie jest tego przyczyną. Zdarzają się ludzie, którzy zostali odrzuceni, ale ich poziom lęku jest normalny. Tak dzieje się w sytuacji, gdy matka odrzuca dziecko, ale nie ukrywa tego i nie robi z tego problemu. Nie jest to miłe, ale dziecko jest w stanie znaleźć sposób, by się z tym jakoś uporać. Jest ciężko, ale możesz być normalny. Problem pojawia się wtedy, gdy matka cię odrzuca, ale udaje przy tym miłość. W takiej sytuacji poziom lęku będzie wysoki.

Podobnie jest w przypadku tworzenia. Jeżeli ktoś ci mówi, że mu się nie podoba, to co robisz, albo się zniechęcisz i przestaniesz tworzyć, albo w jakiś sposób poradzisz sobie z krytyką (np. przestaniesz się nią przejmować, albo podniesiesz poziom swoich umiejętności, tak by zamknąć usta krytykowi). Jeżeli jednak ktoś maskuje swoją negatywną ocenę, udaj uznanie, którego w sobie nie ma, efektem jest brak poczucia pewności i obawa, że jednak „jestem do niczego”.

Czy można mieć żal do ludzi, że nie są szczerzy?

Też wolałbym dostawać tylko szczere informacje zwrotne, ale czy można mieć o to żal do ludzi? Czy możemy mieć im za złe to, że tak hojnie rozdzielają białe kłamstwa?

Powiedzieć komuś „to nie jest dobre” kosztuje. Mało kto lubi mówić prosto w oczy negatywne opinie (chyba że akurat chcemy komuś dopiec). Czy mam prawo wymagać od obcych mi ludzi, by mówili mi, że coś im się nie podoba w tym, co robię? Sam mówię takie rzeczy dopiero wtedy, gdy mi na kimś zależy, gdy mam z nim jakąś relację.

Jeżeli jesteś mi obojętny, mijam cię. Jeżeli mnie zatrzymasz i zapytasz, jak cię odbieram, powiem coś, co mnie najmniej kosztuje, jakieś białe kłamstewko, małą pochwałę, bylem tylko nie musiał przełamywać oporów, patrzeć ci głęboko w oczy, radzić sobie z twoim rozczarowaniem. Owszem, gdy mnie wkurzysz, powiem ci coś nieprzyjemnego, to jednak również nie będzie uczciwa informacja zwrotna.

Nie mogę mieć żalu o białe kłamstwa, bo to po mojej stronie jest zbudowanie takiego systemu, w którym mogą do mnie docierać uczciwe, rzetelne informacje zwrotne. Samo z siebie rzadko się to dzieje. To nasze zadanie, jako tworzących, by znaleźć sposób, który na to pozwoli. A moja znajoma niewiele w tym celu zrobiła.

Relacja z ludźmi jest podstawowym narzędziem otrzymywania informacji zwrotnych

Jeżeli zależy ci na informacji zwrotnej, pierwszą rzeczą jest zbudowanie relacji z twoimi odbiorcami. Uczciwa informacja zwrotna jest prezentem, zanim poprosisz kogoś o prezent, sam mu coś daj, zaprzyjaźnij się z nim, zbuduj z nim jakieś porozumienie. Spraw, by poczuł się bezpieczny, mówiąc ci, co mu się w twoim dziele podoba, a co nie.

To trudna sztuka, nie chodzi przecież tylko o to, by ktoś ci dowalał, ale by jego opinia była także bezstronna i życzliwa. Jeżeli nie masz takich ludzi wokół siebie, możesz poszukać mentora, nauczyciela, uczciwego krytyka, zapytać o opinie innych twórców.

Gdy ich już znajdziesz, nie zapomnij zadawać pytań, uważnie słuchać odpowiedzi i pogłębiać, dopytując o szczegóły. To trudne, bo jesteśmy łasi na pochwały i boimy się drążyć tam, gdzie nie jesteśmy dość dobrzy.

Nie mniej jednak trzeba to robić.

I tutaj mógłbym zakończyć ten tekst, bo zadanie jest trudne i epokowe. Obiecałem sobie jednak zamknąć cykl tekstów inspirowanych rozliczaniem mnie samego w połowie marca, zatem muszę zająć się drugim narzędziem pozyskiwania informacji zwrotnej.

To narzędzie jest szczególnie proste i szczególnie bezkompromisowe. Gdy go zastosujesz, od razu wiesz, czy to, co robisz, ma rzeczywistą wartość dla ludzi, czy tylko tak cię obsypują czymś, co ich nic nie kosztuje. Czy  ludzie naprawdę cię potrzebują, czy tylko kręcą się w twojej okolicy z nudów, z chęci podpatrywania czy podśmiewania się z ciebie.

Zanim powiem co to za narzędzie, inna historyjka.

Brawa są miłe, ale…

W trakcie wakacji, gdy jesteśmy w Krakowie, często chodzimy na plenerowe koncerty do pobliskiego Dworku Białoprądnickiego (kocham to miejsce). Koncerty są za darmo. Siedzisz sobie na krzesełku ustawionym na gęstej, miękkiej murawie, patrzysz na drzewa, niebo, czujesz wiatr i słuchasz. Jeżeli wolisz, możesz rozłożyć koc i jest jeszcze lepiej. Gdy koncert się kończy, bijesz brawa, muzycy się kłaniają. Wszyscy się uśmiechają i dziękują sobie.

Brawa są miłe. Czy jednak wystarczają muzykom? Niektórym zapewne tak. Jednak czy wystarczają komuś, kto wkłada w muzykę swoje życie, kto marzy, by dotrzeć z nią do większej grupy, niż garstka przypadkowych słuchaczy zmieszanych ze spacerowiczami? Taki muzyk chciałby wiedzieć, czy rzeczywiście udało mu się słuchaczy poruszyć.

Skąd może się tego dowiedzieć?

Ilość osób, jakie trafiły na koncert, na pewno nie jest dobrym wskaźnikiem. Ludzie przychodzą, bo lubią koncerty, niekoniecznie twoją muzykę.

Na pewno istnieje coś w rodzaju kontaktu z publicznością. Wiesz, że trafiłeś do ludzi, bo publiczność śpiewała, reagowała, kołysała się. Tyle tylko, że nie zawsze dobrze to widać ze sceny. Poza tym talent muzyczny nie zawsze idzie w parze z talentem do konferansjerki.

A co z ilością braw? Kłopot w tym, że nawet bis niewiele oznacza. Biję brawa prawie każdemu. Brawa są dla mnie sposobem wyrażania wdzięczności za całą imprezę. Biję brawa, bo cieszę się, że tu byłem. Poza tym każdy zasługuje na brawa, nawet gdy jego muzyka była nie w moim stylu. Odważył się, poświęcił czas, umilił mój pobyt na łonie przyrody.

Jedną rzecz odkryłem, obserwując wiele z tych darmowych koncertów. Im lepsza muzyka, tym więcej osób, które chcą kupić płyty po koncercie. Gdy dziewczyna, która przez godzinę mordowała swoją gitarę, zaprosiła do zakupu płyty, nie zauważyłem nikogo. Gdy to samo zaproponował występujący tydzień później zespół, ustawiła się kolejka (niewielka, bo niewielka, ale była).

Nie ma tu żadnej filozofii. Wszystko jest kwestią oczekiwań. Gdy coś jest za darmo, znacznie obniżamy nasze oczekiwania. Nie jesteśmy wybredni. Na darmowym koncercie bijemy brawo, choćby dlatego, że mogliśmy się pokołysać.

Gdy mamy w zamian dać coś, czym dysponujemy w ograniczonej ilości (jak pieniądze), nasze oczekiwania stają się wyższe. Nie zapłacę 30 złotych za płytę, której nigdy nie posłucham. Za darmo? Mogę wziąć.

Nie zapłacę 380 złotych za obraz, który moim zdaniem jest wtórny, nieciekawy i szkoda byłoby dla niego ściany. Za darmo? Dawaj, gdzieś go upchnę (może w ubikacji?).

Nie zapłacę 40 złotych za książkę, która mnie nudzi. Za darmo? Mogę wziąć, najwyżej będzie na podpałkę.

Nie zapłacę za udział w szkoleniu 980 złotych, jeżeli program i prowadzący nie do końca przekonują. Za darmo? Mogę się pojawić, najwyżej się urwę.

Wiem, że ten sposób rozumowania wiąże się ze sporymi uproszczeniami, są ludzie, którzy wymagają cudów nawet, gdy coś jest za darmo, są ludzie, którzy dają pieniądze, nie oczekując niczego. Zazwyczaj jednak pieniądze podnoszą oczekiwania.

Moja znajoma rozdała wszystkie swoje książki za darmo. Wzięcie jej było rodzajem mało kosztujących mnie braw. Jeżeli brawa jej wystarczyły, w porządku, dostała je. Jeżeli zależało jej na bardziej prawdziwej ocenie wartości, mogła książkę sprzedawać.

Jeżeli chcesz się czegoś naprawdę nauczyć, lepiej by ludzie sporo od ciebie oczekiwali

Wiele lat temu, gdy zaczynałem swoją karierę szkoleniowca, pracowałem w pewnej fundacji, która robiła szkolenia z funduszy unijnych (nazywało się to wtedy PHARE). Ponieważ szkolenia były finansowane, uczestnicy za nie nie płacili. Aby dostać dofinansowanie, wymyślaliśmy z sufitu różnego rodzaju tematy, nie zastanawiając się za bardzo, czy mają sens. Urzędnicy i tak wszystko akceptowali.

Potem trzeba było zrealizować szkolenie. Kto odmówi pojawienia się na szkoleniu z darmową wyżerką i atrakcjami? Grupa zawsze się zbierała. Czasem zdarzało się trafić z tematem i ludzie nawet czegoś się nauczyli. Czasem jednak szkolenie było dla nich tylko i wyłącznie okazją do integracji. Mój kolega musiał kiedyś przerwać zajęcia, bo w jego trakcie grupa jakimś dziwnym trafem pozbawiła się zupełnie trzeźwości (prawdopodobnie wina soku pomarańczowego). Aż tak nie miałem, ale ludzie skacowani, niekontaktowi, urywający się z zajęć — to była codzienność.

W którymś momencie zrozumiałem, że nie chcę nigdy więcej robić darmowych szkoleń. Założyłem firmę, która sprzedawała szkolenia bez żadnych dofinansowań. Trzeba było płacić i to sporo.

Wszystko się zmieniło. Wymyśliłeś szkolenie z sufitu? Nikt się nie zapisywał. Dotarłeś do prawdziwej potrzeby? Lista pełna. Nie mniej ważne było to, co dawałeś z siebie podczas szkolenia. Zamiast bełkoczących uczestników miałeś skupionych na temacie ludzi, ostre dyskusje i wymiany poglądów.

W takich warunkach, w ciągu roku poziom naszych szkoleń podniósł się o kilka poziomów.

Teoretycznie do rozwoju popycha nas wewnętrzne pragnienie. Gdy coś robię, staram się być lepszy i lepszy. W praktyce tak jest czasami, a człowiek doskonali się głównie wtedy, gdy inni wiele od niego oczekują. Jeżeli ciągle grasz darmowe koncerty, to do kończy życia, będziesz grać na poziomie darmowych koncertów.

Jeżeli chcesz stać się w czymś lepszy, być może sprzedawanie dzieł, będzie dla ciebie dobrą, pozwalającą się doskonalić szkołą.

Gdy myślę o tych czasach, w których nie mogliśmy nadążyć z robieniem szkoleń, pamiętam jeszcze jedno odczucie. Głupio się przyznać, ale się przyznam: energia.

Energia tego czegoś na „p”

Ponieważ ten tekst jest dla mnie trudny (bo brak mi zdrowego stosunku do pieniędzy, ale o tym później), pisałem go w kilku odcinkach (po drodze wciąż zastanawiając się, czy mam rację). Gdy już prawie skończyłem, zajrzałem na Twittera i odkryłem, że odbywa się aukcja cyfrowego dzieła jednego z artystów. Byłem ciekawy, jak taka aukcja wygląda i trafiłem, jak to określił jeden z obserwatorów, na odcinek ciekawszy niż Netflix.

Wszystko zaczęło się od 1 ETH (Ethereum, druga po Bitcoinie kryptowaluta, obecny kurs to ok. 1800 dolarów za 1 ETH). Na jakieś dwie godziny przed końcem aukcji, cena wynosiła 5 ETH. Autor pracy był wniebowzięty, zdaje się, nie sprzedał wcześniej niczego za więcej niż  ułamek ETH. I wtedy się zaczęło. Kupcy zaczęli się przebijać. Cena zaczęła rosnąć jak liczba zakażonych koronawirusem. 

Jednak nie wzrost cen szczególnie mnie interesował (są to dla mnie już tak abstrakcyjne poziomy, że moja wyobraźnia pozostaje niema), ale reakcje artysty, który na bieżąco wszystko komentował na Twitterze:

— Nie wiem, co się dzieje!

— Jestem szczerze bardziej niż zszokowany i wdzięczny!

— To jest cholera szalone, zwariowali!

— Przepraszam za spamowanie, ale nie mogę się powstrzymać.

— Dosłownie się trzęsę.

— Obudźcie mnie, umieram.

— Nie czuję swojego ciała, słyszę kolory!

Patrzyłem na pojawiające się wpisy i złapałem się na myśli, czy dla artysty cena, jaką osiąga jego dzieło, rzeczywiście powinna być tak ważna by „nie czuć ciała i słyszeć kolory”? Jakiś zrzęda w środku mnie mówił: „No tak, przecież dla tych wszystkich współczesnych artystów liczy się tylko kasa, to przecież nie jest prawdziwa sztuka… ble, ble, ble”.

Gdy aukcja się skończyła, chłopak napisał, że przed stworzeniem tego dzieła, chciał wszystko rzucić w diabły, bo czuł się załamany i wypalony. Nie sądzę, by te myśli szybko do niego wróciły, gdy jego dzieło poszło za równowartość 300 tysięcy dolarów.

Gdy ktoś kupuje to, co robisz, dostajesz dawkę energii, która podtrzymuje twoje wysiłki. Nie każdy jest Van Goghiem, by mieć siłę działać, gdy inni mówią, że to, co robisz, nie jest warte ceny farb, jakie zużyłeś. Większość z nas potrzebuje takiej energii.

To nie jest tak, że prawdziwy artysta ma gdzieś, za ile ktoś kupi jego obraz. Może to nie jest najważniejszą rzeczą w życiu, tak jak filiżanka kawy nie jest najważniejszą rzeczą w ciągu dnia, jednak pieniądze dają energię (tak jak filiżanka kawy, bez której trudno zabrać się do pracy).

Panie Janeczku, mam brać, czy nie brać?

Czy mam rację? Nie wiem. Wciąż się zastanawiam.

Wiem jednak, że nie bawilibyśmy się tak świetnie, robiąc Human Factor (tak się ta firma szkoleniowa nazywała), gdybyśmy tak sporo nie zarabiali (3 miliony przychodu w najlepszym roku).

To jest jednak kwestia decyzji każdego twórcy. Czy ci wystarczy, by ludzie bili brawo, czy też chciałbyś, żeby cenili cię na tyle, by odmówić sobie wypadu do kina i w zamian kupić twoją płytę?

Czy wystarczy ci, by wzięli twoją książeczkę za darmo, czy wolałbyś, żeby było to dla nich na tyle cenne, by zapłacić, choćby tyle ile kosztuje kawa w Starbucku?

Nie musisz brać pieniędzy za wszystko, ale być może warto do części twoich dzieł przypiąć metkę z ceną.

Nie chodzi o to, by wszystko kręciło się wokół pieniędzy (to potrafi zniszczyć tworzenie). Chodzi o to, by użyć pieniędzy jako kanału informacji zwrotnej i źródła energii.

To tylko narzędzie

Dlaczego tak źle się czuję, pisząc o kasie? Pieniądze i nasze przywiązanie do nich, może być źródłem wielkiego zła. Pieniądze mogą być źródłem konfliktów, nieporozumień, niesprawiedliwości.

Wszystko racja. Jednak w swojej istocie, nie są niczym innym jak tylko sposobem wymiany wartości pomiędzy ludźmi.

To, czy kliknę „zapłać” jest moim komunikatem o tym, czy coś ma dla mnie wartość. Oczywiście gra tu rolę wiele innych kwestii (takich jak to, czy mnie stać, czy nie padłem ofiarę manipulacji, czy nie kupuję w głupi impulsywny sposób, czy nie kupuję, by komuś coś udowodnić, czy nie kupuję czegoś z przyzwyczajenia itp.). Nie mniej jednak pieniądze są jedynie narzędziem, jakie wymyśliliśmy, by nie tracić energii na handel wymienny i zastanawianie się, czy twoja koza ma taką samą wartość jak moja kokoszka.

Długo tego nie rozumiałem (albo nie chciałem zrozumieć), dlatego, że miałem zaburzony stosunek do pieniędzy. Może nawet chory.

Chora relacja

Pociesza mnie, że mało kto ma zdrowy stosunek do pieniędzy. U większości z nas coś nie styka, jeżeli chodzi o relację z nimi. To mogą być różne zaburzenia. Dla niektórych ważne są tylko pieniądze, niektórzy chcą je tylko brać i ciągle im się coś należy, niektórzy całkowicie uzależniają od nich swoją wartość.

Jest tak dużo typów zaburzeń w relacjach z pieniędzmi, jak dużo jest typów zaburzeń w relacjach pomiędzy ludźmi. Jedno jest szczególnie popularne: traktowanie pieniędzy jak złego boga. Wpadła mi w ręce książka Osho o kreatywności. Mówi w niej także o pieniądzach:

Wszystkie religie zawsze występowały przeciwko bogactwu, we wspólnym wysiłku, czyniły ludzi tak ubogimi, jak tylko możliwe. Tak bardzo potępiały pieniądze, tak gloryfikowały biedę, że bez wahania nazwałbym je organizacjami przestępczymi. Szanuję pieniądze. Są jednym z największych wynalazków ludzkości. Są także jedynie środkiem płatniczym. Tylko idioci mogą je potępiać, być może z zazdrości, że sami nie są bogaci.

Po bandzie, za ostro, niesprawiedliwie, ale czy czegoś w tym nie ma? Wychowałem się w bardzo katolickim podejściu do pieniędzy. Zgodnie z nim mamona jest zła, brudna i grzeszna (oczywiście, gdy jesteś wiernym, bo wielebni jakoś dziwnie sobie radzą z przeciskaniem się przez ucho igielne). Pół biedy, że nie powinieneś się do nich przywiązywać (z tym się zgadzam), problem w tym, że nie powinieneś ich brać.

Szlachetne i wielkie jest dawać (na tacę, na zbożne cele, na wsparcie). Brać za coś pieniądze to takie małe, przyziemne i niegodne.

W rzeczywistości patrzenie na wymianę jedynie z perspektywy brania albo dawania jest niezdrowe. Każda wymiana jest równocześnie i braniem i dawaniem. Nie ma samego brania i samego dawania. Jeżeli coś ci daję (wzruszenie, przyjemność, rozwiązanie twoich problemów, zabawę, rozluźnienie, przeżycia estetyczne itp.), dlaczego nie mogę wziąć czegoś od ciebie? Czegoś, czego potrzebuję. Co mi dasz? Uznanie, dobre słowo, brawa? Fajnie. Wolałbym jednak dostać coś, czego teraz bardziej potrzebuję. Za swoją kozę nie chcę jabłek, wolę kurę. Nie. No to poszukajmy czegoś, z czego będziemy tak samo zadowoleni. Wtedy to będzie zdrowa wymiana. 

Chodzi o to, by traktować pieniądze jako narzędzie pomagające w dwustronnej wymianie. Nie o to, by się przełamać, pozbyć wstydu i umieć wyciągnąć po nie rękę.

Dlaczego „wsparcie” nie jest dla mnie rozwiązaniem?

Moja żona zapytała mnie, dlaczego nie skorzystam z serwisu „Patronite”, na którym mógłbym znaleźć wsparcie finansowe. Myślałem o tym. To kuszące: ludzie cię wspierają, możesz dalej tworzyć, nie stresujesz się ich oczekiwaniami. Ale gdy mnie o to zapytała, poczułem się wściekły.

— A dlaczego na stronie z ofertą twoich szkoleń jest cena? A dlaczego hydraulik, gdy przychodzi naprawić zlew, chce 50 złotych, a nie „wsparcia”? Dlaczego informatyk, gdy stawia ci stronę, nie prosi o to, byś została jego „patronem”, tylko mówi ci, ile to będzie kosztować? Dlaczego terapeuta, gdy przyjdziesz do niego z depresją, nie prosi o pomoc w „szerzeniu zdrowia psychicznego”, tylko podaje cenę sesji? Dlatego, że wy wszyscy macie pracę, a ja „zbawiam świat”? A może dlatego, że wy macie prawdziwą pracę, a ja robię coś niepoważnego? Dlaczego mam być w gorszej / lepszej sytuacji niż normalni ludzie, którzy wymieniają swoją energię na pieniądze?

Mówiąc to, zrozumiałem, jak bardzo się zgubiłem w swojej obecnej pracy. Pisanie pochłania sporo mojej energii. Owszem, daje mi to mnóstwo radochy, jest to jednak jakiś rodzaj pracy.

Tak samo, jak pracą jest rysowanie, programowanie, śpiewanie, projektowanie, gotowanie, pisanie wierszy, wyszywanie i tysiące innych twórczych zajęć.

To nie zbiórka jest podstawowym sposobem, za pomocą którego twórcza osoba powinna się utrzymywać. Osoba, która ma w sobie twórczą energię, może zarabiać, oferując swoje dzieła i usługi. Po pierwsze nie ma w tym nic złego, po drugie na to zasługuje, po trzecie może w ten sposób wyjść ze swojej bańki „jestem za ambitny”.

Zbiórki zostawmy na te sprawy i na tych ludzi, którzy naprawdę sami nie mogą sobie poradzić w życiu (chorych, słabych, opuszczonych, dzieci czy zwierzęta itp.).

To koniec tego cyklu: kolejne teksty co miesiąc

To ostatni tekst z cyklu, który powstał jako efekt moich własnych rozliczeń z tym blogiem. W szkicach, które przygotowałem, było o wiele więcej materiału, ale wybrałem, co wybrałem.

Umówiłem się z sobą, że ostatni tekst z tego cyklu ukaże się 14 marca 2021. I oto on. Jeszcze tylko jeden malutki tekst o nowym newsleterze dla osób, które chcą tworzyć (wrzucę go za kiś czas może dziś, może jutro) i od tej pory publikacje na tym blogu będą pojawiać się rzadziej (jednak nie rzadziej niż co co miesiąc).

Zostaw komentarz