Publikować co dnia, czy chować do szuflady?

Pytanie brzmi: Czy powinienem codziennie publikować to, co uda mi się zrobić w ramach mojego twórczego wyzwania (np. w mediach społecznościowych), czy raczej włożyć to do szuflady?

Codzienne publikowanie wiąże się z wieloma korzyściami, z drugiej jednak strony może towarzyszyć mu napięcie. Napięcie na tyle duże, że przez jakiś czas sam tego nie robiłem. Wiem też, z obserwacji jednej ze znanych mi osób, że perspektywa codziennego publikowania czegoś na Instagramie, może być tak przytłaczająca, że może doprowadzić do całkowitej rezygnacji z wyzwania.

Nie jestem żadnym guru i nie mam jedynych, najlepszych odpowiedzi na każde pytanie. Gdybyś miał zrezygnować z wyzwania codziennego tworzenia, lepiej odpuścić sobie codzienne publikowanie.

Wydaje mi się jednak, że lepiej jest kończyć każdą twórczą sesję wysłaniem czegoś w świat. To nie musi być wielka publikacja z fanfarami i zadęciem. To może być wysłanie czegoś na anonimowe konto na jakimś z mediów społecznościowych, to może być opublikowanie czegoś na zapomnianym przez świat i wyszukiwarki blogu, to może być — by nie ograniczać się tylko do cyfrowego świata — codzienne pokazanie komuś tego, co zrobiłeś.

Jeżeli tego rodzaju wysłanie swojego dzieła w świat, jest dla ciebie łatwe — po prostu to zrób i nie trać czasu na czytanie dalszej części tego tekstu. Jeżeli jednak jest to trudne, jeżeli masz przed tym opory, jeżeli masz pokusę, by to pominąć, chciałbym się podzielić kilkoma refleksjami.

Napięcie związane z wysyłaniem w świat

Mam pokusę, by schować to wszystko, co każdego dnia piszę do szuflady (a dokładniej do specjalnego katalogu, do którego tylko ja mam dostęp). Nie mam ochoty pokazywać, jak bardzo nieudolny jestem. Nie mam ochoty dzielić się moimi niedopracowanymi tekstami, póki choć trochę nie dojrzeją. Kto lubi pokazywać się z potarganymi włosami, w ponaciąganych dresach i podkrążonymi oczyma? Perspektywa, że ktoś będzie czytać niedoskonałe efekty mojego codziennego zmagania się wywołuje we mnie napięcie. Napięcie z kolei utrudnia regularną pracę. Zamiast robić swoje wariuję: staram się, napinam, robię wrażenie, zgrywam „Artystę” i uprawiam „Sztukę”.

To jest ryzyko: gdy publikujesz swoje dzieła, zamiast tworzyć, możesz zacząć się zastanawiać, czy to się spodoba innym, czy zostanę zaakceptowany, czy nikt mnie nie wyśmieje itp.

Takie obawy sprawiają, że wiele osób woli nie dzielić się tym, co robią. Rysują do swojego szkicownika, piszą do dzienników, ukrytych na dnie szuflad, robią zdjęcia do zaopatrzonych w hasła katalogów.

Czy szuflada wyzwala od lęku przed oceną?

Czy to pomaga, by poradzić sobie z obawą przed oceną? Zazwyczaj nie. Lęk przed oceną zależy przede wszystkim od tego, co mamy w głowie, od perspektywy, jaką przyjmujemy, myśląc o naszej twórczości, a nie od tego, czy ktoś widzi nasze dzieło, czy nie.

Profesor psychologii Ellen Langer pisze w swojej książce „On becoming an artist”, że istnieją dwie perspektywy, które możemy przyjąć, gdy patrzymy na efekty swojego twórczego działania: mindlessness (bezmyślność) oraz mindfulness (uważność). W drugiej perspektywie nie tyle chodzi o medytację, świadomość oddechu czy odbieranie doznań z ciała (to może być również pomocne), ile o funkcjonowanie naszego świeżego, dostrzegającego różnice i podobieństwa umysłu.

Gdy jesteśmy nieuważni (bezmyślni), kupujemy szybkie oceny, które wystawia nasz umysł: to jest dobre, to jest nudne, to jest takie samo itp. Nie zwracamy uwagi na detale, bo wystawiliśmy ocenę i wstawiliśmy coś do odpowiedniej przegródki. Możemy jednak nauczyć się przestawiać z tej perspektywy szybkich ocen, na perspektywę uważności. Langer pisze:

Uważność jest po prostu procesem zauważania nowych rzeczy. Jest widzeniem podobieństw w rzeczach, które uważane są za różne, oraz różnic w rzeczach, traktowanych jak podobne.

Zrób proste ćwiczenie. Weź dwa, takie same ziarenka kawy, albo dwie pomarańcze. Czy naprawdę są takie same? Mogą mieć taki sam kształt, rozmiar i barwę, jeżeli jednak będziesz przez dwie minuty uważnie im się przyglądać, wciąż będziesz odkrywać różnice. Gdy po tym czasie zmieszasz je z dziesięcioma innymi ziarenkami, czy owocami, odnajdziesz je bez problemu. Ten stan umysłu, w którym wciąż dostrzegamy różnice w tym, co przed chwilą było takie same, to stan umyślności, obecności umysłu, czy uważności (mindfulness). Nie jesteś w stanie go doświadczyć, jeżeli poprzestajesz na szybkich ocenach: to jest takie same, to jest kiepskie, to jest świetne itp.

Nie da się uprawiać żadnej sztuki bez tego rodzaju uważności.

Pierwszym krokiem, by ją w sobie rozwinąć, jest potraktowanie oceny, jako czegoś nieistotnego, zewnętrznego wobec twórczości. Dotyczy to zarówno pozytywnych ocen, jak i negatywnych. Zamiast skupiać się na ocenach, skupmy się na tym, co mamy do zrobienia. Amerykańska poetka Maya Angelou mówi:

Kiedy ludzie mówią mi, że uwielbiają moją twórczość, odpowiadam po prostu „dziękuję”. Tak samo, kiedy oskarża się mnie o kłamstwo i nazywa pismakiem – a wielokrotnie byłam obiektem takich ataków – też mówię „dziękuję”. Jak mówi afrykańskie przysłowie, czego nie podniesiesz, nie będziesz musiała odkładać. Przecież jeśli przyjmę jedno (komplement), będę musiała wziąć i drugie (uszczypliwość). A ja mam tyle rzeczy do zrobienia.

Rozwiązanie problemu napięcia, nie polega na tym, by chować swoje dzieła w szufladzie, ale na tym, by nie „podnosić” ocen. To znacznie trudniejsze, jednak zdecydowanie bardziej przydatne, gdy chodzi o tworzenie.

Jeżeli nie pozbędziesz się bezmyślnej perspektywy ocen i wiążących się z nią lęków, niewiele da zamykanie swoich dzieł na dnie szuflady, i tak wciąż będziesz się bał tego, że to robisz, jest nie dość dobre i nie dość się podoba.

Chowanie się ze swoimi dziełami niewiele daje, może za to zaszkodzić twoim umiejętnościom twórczym.

Co się dzieje, gdy nie wysyłasz?

Trzy pierwsze teksty, jakie napisałem w ramach mojego wyzwania twórczego, opublikowałem na specjalnym blogu. Potem jednak, ponieważ nie do końca dopracowałem proces wysyłania tekstów oraz doszedłem do wniosku, że publikowanie tekstów nie jest aż takie istotne, przestałem to robić. Codzienny proces kończył się zapisaniem nowego pliku do katalogu. W chwili, gdy piszę te słowa, w katalogu jest 17 plików. 15 z nich nadaje się, by je skopiować i przenieść, wprost na blog. Tekst numer 16, napisany dwa tygodnie po rozpoczęciu projektu jest specyficzny. Pod sam koniec jest dopisek: dopisz tu jeszcze z dwa akapity końcowe. Spora część tekstu numer 17 przypomina poszarpane notatki.

Wiem, co będzie w kolejnych tekstach: będą coraz bardziej ścinać zakręty. W końcu okaże się, że aby odhaczyć codzienną pracę, wystarczy naskrobać trzy zdania, albo nawet zapisać pusty plik z dzisiejszą datą.

Fragment wywiadu z Mikem Winkelmanem (cytowanym wiele razy na tej stronie) na ten temat:

Pytanie: Zamieszczasz swoje codzienne prace na twojej stronie i Twitterze. Czy publikowanie ich jest istotną częścią procesu?

Odpowiedź: Udostępnianie ich jest zdecydowanie olbrzymią częścią tego procesu. To pomaga zachować uczciwość, bo nie wystarczy poświęcić trzech minut i powiedzieć „W porządku, to się liczy za dzisiejszy dzień”. Gdy publikujesz swoje rzeczy, to, czy to się „liczy”, staje się o wiele bardziej obiektywne,

Proces twórczy niedoprowadzony do końca

Ścinanie zakrętów polega na tym, że dochodzisz zaledwie do połowy swojej pracy. Robisz szkic, ale go nie kolorujesz (choć taki był zamysł); robisz zdjęcie, ale go nie przycinasz i nie ustawiasz poziomów (choć uważasz, że trzeba); nagrywasz film, ale go nie montujesz; robisz obraz 3D, ale go nie renderujesz (mimo że taki był zamysł); piszesz tekst, ale go nie redagujesz i nie robisz w nim korekt (choć tego wymaga).

Teoretycznie te końcowe fazy (renderowanie, redagowanie, wykańczanie) są łatwiejsze i mniej twórcze. W rzeczywistości zazwyczaj są tak samo ważne i wymagające twórczej energii, jak wszystkie inne, pozornie dodatkowe fazy.

Publikowanie wymusza wszystkie fazy. Blokuje ścinanie zakrętów. Utrudnia fikcję pod tytułem: kiedyś się to dopracuje. Nie dopracujesz, bo będziesz w innym miejscu wszechświata. Dzięki temu doskonalisz cały proces twórczy, a nie tylko jego część.

W czym jeszcze pomaga wysyłanie swoich dzieł?

Publikowanie tego, co każdego dnia zrobiłeś, może być źródłem motywacji. Gdy inne osoby wiedzą o naszym przedsięwzięciu, tworzy się presja: koszty niewywiązania się z codziennej porcji tworzenia, stają się większe. Trudniej jest wykpić się jakąś prostą wymówką. To broni nas przed odwiecznym, śmiertelnym wrogiem twórczości: potworem znanym pod nazwą prokrastynacja albo odwlekanie.

Korzyścią jest także to, że ćwiczymy się pokonywaniu bezwłądnosci ///w wysyłaniu swoich dzieł w świat — uczymy się pokonywać bezwładność, która trzyma nasze dzieła w szufladzie czy ukrytym katalogu.

Korzyścią, którą trudno pominąć jest także to, że przy okazji budujesz swoje portfolio. To może się przydać, gdy już się rozkręcisz i zaczniesz myśleć o połączeniu tworzenia z zarabianiem.

A jeżeli nie potrafię przeskoczyć nad oceną i wciąż się spinam?

Łatwo się mówi o uważności, o porzuceniu perspektywy ocen. W rzeczywistości jest to jednak bardzo trudne.

Jeżeli publikowanie cię przytłacza, spróbuj zacząć bez niego. Przez pierwsze dni pisz / rysuj / nagrywaj do szuflady. Rozkręć się, nabierz nawyków, potem jednak spróbuj dołożyć do tego, co robisz wysyłanie w świat.

Nie odkładaj jednak tego na „kiedyś tam” czy „gdy poczuję gotowość”. Zamiast tego zaplanuj moment, w którym zaczniesz wysyłać. To może być na przykład po tygodniu, po 10 dniach, dwóch, czy nawet trzech tygodniach.

Pamiętaj, nie chodzi o arcydzieła, ale o stopniowe doskonalenie pełnego procesu twórczego. Oceny nie są ważne, ważne jest tylko to, jak długo wytrwasz. Nie oczekuj komentarzy, polubień czy uznania. Jeżeli to możliwe, w początkowym okresie zablokuj je.

Daj sobie kilka dni i zobacz, czy udaje ci się oswajać napięcie związane z publikowaniem. Jeżeli wciąż będzie duże, zrezygnuj z niego. Najważniejsze jest tworzenie. Wysyłanie w świat (publikowanie) jest tuż za nim, co prawda odległość nie jest spora (kilka centymetrów), jest jednak na drugim miejscu.

Gdzie publikować swoje codzienne dzieła?

Najprostszym rozwiązaniem są media społecznościowe (Instagram, Youtube, Tumblr, Twitter, czy Facebook). Zaletą jest łatwość publikacji (szczególnie, jeżeli już masz tam swoje konto), oraz potencjał w promowaniu twojej twórczości. Z wielu powodów, ludzie lubią tych, którzy wrzucają codziennie coś nowego, z czasem możesz zyskać rozgłos. Wadą tego sposobu dzielenia się jest brak kontroli nad swoim dziełem (np. trudno usunąć coś, co zamieściłeś na Facebooku), nad publicznością (często zupełnie przypadkową), a czasem także nad komentarzami (możesz je albo całkiem wyłączyć, albo narazić się na bezinteresowny, przypadkowy hejt).

Drugą możliwością są serwisy społecznościowe adresowane do osób tworzących określone rodzaje treści (np. w przypadku pisania: Wattpad, NaNoWriMo, Write.as, a do rzeczy wizualnych: Behance, Pixelfed, czy Projekt 365). Plusem jest bardziej wyrobiona publiczność, minusem bywa publikowanie wśród osób o niezwykle wysokim poziomie i narzucające się z tego powodu porównania.

Trzecia możliwość to stworzenie własnej strony. Wadą jest większy stopień komplikacji, zaletą pełna kontrola, zarówno nad tym, co publikujesz, jak i komentarzami, czy też tym, kto może twoje dzieła zobaczyć. Najczęściej spotykanym rozwiązaniem jest zbudowanie strony za pomocą WordPressa, istnieje jednak wiele alternatyw (choć zazwyczaj nie tak elastycznych i prostych).

Czwarta możliwość, doskonała na początek, to skorzystanie z jakiegoś zamkniętego forum. Mam w planach stworzenie takiego forum na energiatworcza.pl – gdy newsletter zacznie działać, pojawią się także informacje na jego temat.

Zostaw komentarz