Co jest pierwszym warunkiem bycia osobą twórczą?

No i stało się. Zawładnął mną podręcznikowo – poradnikowy styl. „Zrób to, zrób tamto; tamten powiedział to, w tej książce jest tamto; takie są kolejne punkty”. Wszystko może poprawnie i układnie, ale bez życia. Po przeczytaniu takiego tekstu wiele w człowieku nie zostaje.

Poradników, omówień, podręczników, jest sporo i nie tego większość z nas szuka. Szukamy czegoś, co nas porusza, co dostarcza przeżyć, daje poczucie kontaktu z życiem, pozwala pomyśleć o świecie w nowy sposób. Chcemy odkręcić słoik z marmoladą i poczuć zapach prawdziwej pomarańczy, poczuć słodycz i gorycz słońca nad Sewillą, Walencją czy gdzie tam rosną pomarańcze. A tutaj wykład, podręcznik, ględzenie. A tutaj coś, nad czym musi pracować głowa, ale co nic a nic nie porusza serca. Coś, co wygląda jak słoik marmolady, ale jest w nim tylko jakaś słodkawa masa o niewyraźnym smaku.

Następnego dnia budzę się zmęczony. Tyle wysiłku mnie kosztował ten tekst, tyle czasu zabrał. Pchałem go przed sobą jak Syzyf. Zmagałem się, wysilałem, przestawiałem, poprawiałem. Czasem miałem wrażenie, że już za chwilę, wtoczę go na szczyt, gdzie zaiskrzy w słońcu, ale zaraz potem rozlegało się „łups!’ i odkrywałem, że wciąż zmagam się w półmroku.

Czasem jest tak, że zrobienie tego, co najsłabsze, zabiera najwięcej energii. Siłujemy się, napinamy, wypijamy litry kawy, pocimy, z napięcia boli nas głowa, ale wciąż jesteśmy daleko od powabu życia. Nasz wielki wysiłek przekłada się jedynie na wielkie ilości nijakiej masy.

Piszę już od ponad 15 lat i wiele z tego, co napisałem, było właśnie takie: teksty pełne śladów przegranej walki Syzyfa o wtoczenie głazu na oświetlony słońcem szczyt. Marmolada z mieszanki owoców, nieznających ciepłego słońca Hiszpanii. Całe szczęście nie zawsze. Czasem snułem rzeczy z iskrami. Czasem to była marmoladka. Inaczej czytałyby mnie tylko roboty przeglądarkowe. Ale zbyt rzadko, zbyt rzadko.  

Towar czy dzieło sztuki?

Czy znasz ten ból? Czy znasz to pragnienie, by stworzyć coś, co porusza?

Załóżmy, że robisz szkolenia. Czy nie zdarzają ci się szkolenia nudne i płaskie, choć poprawne? Czy nie chciałabyś, żeby twoje szkolenia były żywe, poruszające, zmieniające sposób, w jaki ludzie widzą świat?

A może jesteś projektantem stron – czy wystarczają ci poprawne strony, do której nie można się przyczepić? Czy nie chciałbyś, żeby twój design poruszał, dotykał, coś zmieniał w odbiorcach?

Nie ważne co robisz, pytanie brzmi: Czy chciałbyś, żeby efekt twojej pracy nie był produktem, ale dziełem sztuki?

Tak, dziełem sztuki. Te teksty, które były żywe, poruszały, które były podróżą do innego obrazu świata – to sztuka. Te teksty, które były wykładem, ględzeniem, omówieniem, poradnikiem – to produkt, towar, mniej czy bardziej udany, ale sypki towar sprzedawany na tony.

Różnica pomiędzy produktem a dziełem sztuki może być niewidoczna na pierwszy rzut oka. Jest jednak wyczuwalna, tak samo, jak wyczuwalna jest różnica pomiędzy prawdziwą marmoladą a płaską w smaku masą owocową.

Są ludzie, którym wszystko jedno, jednak większość z nas dąży, by cokolwiek robi, przynajmniej zbliżyć się do dzieła sztuki. Nawet wtedy, gdy tak jak ja, nie lubi i krępuje się słowem „sztuka”.

WTF is ‘Sztuka’?

Mieszkańcy Bali, zanim dotarli do nich europejscy artyści, nie mieli takiego słowa. Mówili: „Nie mamy słowa «sztuka», wszystko, co robimy, robimy tak dobrze, jak to tylko możliwe”.

Corita Kent nauczycielka, artystka i szalona siostra zakonna (do pewnego momentu) przyjęła podejście Balijczyków. Nie ma sztuki – mówiła swoim uczniom – zamiast mówić o sztuce, mówmy o robieniu rzeczy „niezwykłych”.

W trakcie swoich lekcji sztuki uczyła robienia rzeczy niezwykłych, choć czerpiących z codzienności (możesz pójść do marketu, przejść się po ulicach miasta i wszędzie znaleźć tworzywo do zrobienia czegoś niezwykłego).

Miała rację, choć być może pora ukraść słowo „sztuka” mędrcom po artystycznych uczelniach. Przecież to właśnie mamy na myśli. „To dzieło sztuki” mówimy i myślimy: „To jest niezwykłe, poruszające, przejmujące. To nie jest produkt, towar, coś, czego można mieć na tony”.

Niezwykłe może być wszystko: tekst, rysunek, utwór muzyczny, przemowa, ale także bukiet kwiatów, szkolenie, obiad, gra, wyszydełkowana czapka, aplikacja, sesja terapeutyczna, zabawa, spotkanie…

Sztuką jest wszystko to, co jest efektem twórczego działania. A w twórczy sposób można robić wiele rzeczy. Nie materiał (farby, słowa, dźwięki, tkaniny, drewno itp.), determinują, czy coś jest sztuką, ale sposób, w jaki materiał wykorzystujesz. Jeżeli robisz to w sposób twórczy, efektem twojej pracy jest dzieło sztuki. 

Carl Rogers, który w centrum swojej sztuki terapeutycznej stawiał „dążenie człowieka do rozwijania własnych  możliwości pomimo cierpień i przeszkód”, tak pisał:

Dziecko wymyślające nową zabawę, Einstein formułujący teorię względności, gospodyni obmyślająca nowy sos do mięs, młody autor piszący swoją pierwszą powieść – wszyscy oni z definicji są twórczy i nie ma potrzeby, by ustawiać ich w jakieś kolejności pod względem bycia mniej, czy bardziej twórczymi.

Carl Rogers

Dziecko, naukowiec, gospodyni, autor powieści – gdy działają twórczo, tworzą dzieła sztuki. Myślę, że o to chodziło Balijczykom. Dlaczego genialny sos ma stać niżej od odkrywczej teorii? Dlaczego dobra zabawa ma być czymś gorszym niż książka? Wszystko może stać się sztuką, gdy robisz to tak dobrze, jak tylko możesz.

Czy to nie miłe, uświadomić sobie, że każdego dnia możesz być twórczy? Czy to nie miłe uświadomić sobie, że wszystko, co robisz, może stać się dziełem sztuki?

Ale skąd się bierze sztuka?

Owszem miłe, tyle że jest problem. Od czego to zależy, że to, co piszę, czasem smakuje jak domowa marmolada z pomarańczy, a czasem jak łowicki dżem wieloowocowy?

Na pewno nie od czasu i nie od wysiłku, który w to wkładam.

Czy w takim razie mamy do czynienia jedynie z przypadkiem? Czy jedyne co mogę robić to próbować i próbować, licząc, że co któryś raz mi wyjdzie? Nie mam nic przeciwko próbom i zgadzam się, że im ktoś bardziej płodny, tym większa szansa, że w jego dorobku trafiają się wielkie rzeczy, ale czy to tylko loteria?

Boję się, że gdy przyjmę taki punkt widzenia, stanę się jak szalona małpa, której ktoś dał maszynę do pisania. Wali w klawisze bez ustanku i czasem, na zasadzie przypadku, na papierze pojawia się słowo albo nawet zdanie. Gdy małpa się nie podda przez nieskończenie długi czas, w końcu stworzy dzieło sztuki. Problem tylko w tym, że nie mam nieskończoności. Ile jeszcze będę pisać? Kilka lat? Nawet i to nie. Jeżeli będę pisać nudne, mało poruszające rzeczy, nikt ich nie będzie czytać i zwinę swój kramik, w kilka miesięcy.

A może jednak to nie jest wyłącznie przypadek? Może jest coś, coś w podejściu, coś w sposobie, w jaki robię swoje? Wierzę, że tak. Oczywiście nigdy nie ma gwarancji, że efektem wysiłków będzie dzieło sztuki, a nie towar, myślę jednak, że wiele zależy od tego, w jaki sposób podchodzisz do tego, co robisz.

Chciałbym ci teraz podać sprawdzony przepis na prawdziwą marmoladę, ale niestety, jestem dopiero w trakcie jego poszukiwania. Jednak nawet gdybym go poznał, wątpię, czy pasowałby każdemu. Każdy potrzebuje znaleźć swój własny przepis. Jest jednak coś uniwersalnego, o czym warto pomyśleć szczególnie wtedy, gdy coś ci nie wychodzi.  

Gdy zaczynasz się czuć niczym Syzyf

Syzyf zmaga się, szarpie, boryka, ale im wyżej dopycha swój głaz, tym bliżej jest momentu, w którym ciężar go pokonuje.

Żeby w ogóle poczuć się jak Syzyf, trzeba chcieć uprawiać sztukę. Jeżeli tylko robisz swoje, jeżeli jesteś wyrobnikiem, nigdy nie znajdziesz się w sytuacji Syzyfa.

Możesz się tak poczuć, dopiero wtedy, gdy chcesz czegoś niezwykłego, gdy chcesz stanąć z tym, co robisz na szczycie, w słońcu, gdy chcesz, żeby coś zaiskrzyło.

Próbujesz, ale masz tylko zmagania. Brakuje zachwytu, rezonansu, światła. Jest szamotanie się, borykanie, siłowanie, które nigdzie nie prowadzi.

Nie należy mylić doznań Syzyfa z doznaniami, związanymi z ciężką pracą. Ciężka praca to nie to samo co jałowe zmaganie się.

Jeff Tweedy (muzyk, autor tekstów, znany m.in. z zespołu Wilco) pisze w swojej książce „How to write one song” (którą pożyczyłem od piszącej piosenki córki):

Dla mnie i dla większości autorów piosenek, jakich znam, pisanie piosenek jest ciężką pracą. Nie uważam jednak, że ciężka praca jest tym samym co zmaganie się. Istnieje zasadnicza różnica.

Ciężka praca to wysiłek, któremu towarzyszy poczucie spełnienia i inspiracji (przynajmniej od czasu do czasu). W zmaganiu się brakuje tego. Brakuje iskier, wiatru, radości twórczej.

Jeff Tweedy

Syzyf nie miał wyboru. Mimo sprytnych zabiegów nie mógł wykpić się od wyroku sędziów urzędujących w Hadesie. Jednak my, często skazujemy się na bezproduktywne zmagania, z własnej woli. Czujesz się jak Syzyf? Wciąż tęsknisz za światłem słońca na szczycie góry, ale twój ciężar, jaki pchasz przed sobą, wciąż cię strąca?

Oto rozwiązanie. Zostaw ten cholerny głaz, niech leci z hukiem tam, gdzie jego miejsce. Puść go, nawet jeżeli sam miałbyś z nim się stoczyć. Ale potem wróć do wspinaczki, tym razem bez obciążenia.

Czym jest ten głaz? Myślę, że jego podstawowym składnikiem jest wymyślony obraz siebie: tego, jaki powinieneś być, jak powinieneś się czuć, jak powinieneś działać, czy  tworzyć.

Gdy go puścisz, zobaczysz, że wejście na szczyt, choć wciąż wymagające wysiłku, okaże się łatwiejsze.

Pierwszym warunkiem tworzenia, pierwszym warunkiem robienia sztuki, czymś, co nas chroni przed bezproduktywnym zmaganiem, jest odwaga bycia autentycznym.

Autentyczność

Carl Rogers, którego już cytowałem, definiuje:

Autentyczność, albo zgodność z samym sobą oznacza to, że przeżywane uczucia oraz doznania płynące z organizmu są wyraźnie uświadamiane.

Carl Rogers

Brak spójności to taka sytuacja, w której udaję kogoś, kim nie jestem, chowam się za jakąś maską, często przed samym sobą.

Staram się być mądry, pomocny, profesjonalny. „No w końcu to ja jestem psychologiem, no nie? To ja jestem ekspertem, muszę zatem coś mądrego, przemyślanego powiedzieć. To ja przeczytałem wagon książek, powinienem znać odpowiedź. Jakby to wyglądało, gdybym przyznał się, że nic nie wiem, nic nie potrafię, że czasem zastanawiam się, co ja w ogóle robię ze swoim życiem?!”

Może i nie zawsze trzeba mówić innym, co się czuje (np. informować każdego ile razy poczujesz się przy nim wściekły, zagubiony, czy znudzony). Wystarczy nie zakłamywać przed samy sobą, tego, co masz w środku. Jak pisał Szekspir: „A nade wszystko: zostań wierny sobie,/ Za tym pójść musi, jakby dzień za nocą,/ Że nie okażesz fałszu innym ludziom”.

Robię pauzę i zastanawiam się, co teraz czuję.

Niecierpliwość. Lęk. Przyjemność. Spięcie. Cała mieszanka odczuć. A teraz na pierwszy plan wychodzi zagubienie. Wstaję, otwieram okno, wzdycham, siadam. Nie wiem co dalej. Może przerwać w tym momencie? Może napisać coś jeszcze? Czy to, co napisałem, wystarczy? Pewnie nie. Boję się, że się do tego nie nadaję. Powinienem pisać szybciej. Czy ja się w ogóle do czegoś nadaję?  Drażni mnie hałas zza ściany. Niepokoi. Pobudza lęk. Uruchamia obronne spięcie. Spinają mi się ramiona. Ubieram na uszy słuchawki. Delikatna, japońska muzyka. Sprawdzam co to za utwór. „Tommorrow”. Łyk yerba mate. Pustka w głowie.

Rozluźnij napięcie

Brak autentyczności wynika w dużej części ze spięcia.

Napięcie to mobilizacja, gotowość do walki w obronie zagrożonego ja. Ma sens, gdy np. owieje cię lodowaty wiatr: automatycznie się kurczysz, zapinasz płaszcz, splatasz ręce na piersi, robisz się mniejszy. W ten sposób minimalizujesz powierzchnię, przez jaką tracisz ciepło.

W podobny sposób (choć na płaszczyźnie psychologicznej) spinamy się, gdy pojawiają się w nas doznania, które nie są spójne z naszymi wyobrażeniami siebie.

Wycofujemy się, napinamy, chowamy. Tutaj jednak efekt spięcia jest odwrotny: zamiast nas chronić, powiększa negatywne emocje.

Staram się nauczyć czegoś odwrotnego: rozluźniania. Odpręż się, nie chowaj przed swoimi doznaniami. Nie udawaj, że nie czujesz lęku, tremy, obaw. Nie zgrywaj kogoś, kim nie jesteś. Przyjmij lęki, obawy, nieporadność i co tam masz. Uświadom sobie te doznania. Nie spinaj się przed nimi.

Zamknij oczy i wejdź w siebie. Odnajdź obecną chwilę, tę, w której teraz się znajdujesz. Zobacz, co do ciebie dociera.

Nie upiększaj niczego. Może ci to zająć kilka minut (najlepsze teksty powstają wtedy, gdy przed ich pisaniem medytowałem przez kilkanaście minut), kilka dni (jeszcze lepsze, gdy miałem kilka dni odpoczynku), kilka godzin (spacer robi swoje), albo kilka sekund (zamykasz oczy, nawet w trakcie rozmowy i skupiasz się na doznaniach, jakie płyną z twojego ciała).

„Czułość” twórcy

W tym wszystkim nie chodzi wyłącznie o świadomość lęków, obaw, czy spięcia. Równie ważny jest kontakt z tym, co pozytywne.

Gdy nasz kontakt z sobą, jesteś czuły (tak jak czuły jest mikrofon, albo miernik). Masz zdolność do odczuwania. Blokada negatywnych doznań odcina też doznania pozytywne. Gdy stajesz się przepuszczalny dla jednych, stajesz się przepuszczalny dla drugich.

Gdy nie boisz się tego, co masz w sobie, łatwiej ci usłyszeć w sobie coś, co niektórzy nazywają głosem Boga. Łatwiej ci usłyszeć swój wewnętrzny śpiew.

Łatwiej, dlatego, że nie boisz się tak bardzo wyjść na kogoś nieutalentowanego, pospolitego, czy głupiego. Nie musisz już przed nikim udawać, że masz w sobie coś niezwykłego, wreszcie możesz zacząć słuchać tego, co naprawdę się w tobie kryje. Tego, co cię naprawdę porusza, co ci się naprawdę okazuje, co naprawdę w tobie brzmi.

Żeby to wszystko usłyszeć, najpierw potrzebujesz przestać udawać. Odkryć się przed sobą a nierzadko i przed innymi.

To dlatego na świecie jest tak wiele pozbawionych smaku dżemów wieloowocowych, a tak mało prawdziwej marmolady. Podstawowym składnikiem prawdziwej marmolady jest nasze serce (rozumiejąc przez serce nie tyle siedlisko emocji, ile centrum człowieka, łącznie z myślami, pragnieniami  i doznaniami).

Serce to jednak mieszanina wszystkiego, rzeczy słodkich i gorzkich, rzeczy małych i wielkich, dobrych i złych. Wiele osób woli wymyślać siebie samego, niż nawiązywać prawdziwy kontakt z sobą i ujawniać, to, co się wewnątrz nich dzieje. Tak jest bezpieczniej, ale w ten sposób nie da się być twórczym.

Jak ktoś powiedział: „Każdy artysta zanurza pędzel we własnej duszy i maluje na swoich obrazach własną naturę” (Henry Ward Beecher).

Masz odwagę zanurzyć swój pędzel we własnej duszy? Łatwe to nie jest, ale przynajmniej jest szansa, że nie wpadniesz w pułapkę Syzyfa.

7 komentarzy

  1. Dziękuję za dwa pierwsze newslettery, oba inspirujące, i dodatkowy bonus: odkryłam sztukę siostry Cority Kent! Super. Dzięki tym tekstom mam co tydzień okazję pochylić się nad tematem twórczości i snuć refleksje, czego bardzo mi ostatnio brakowało… Pozdrawiam serdecznie Ciebie Zbyszku i pozostałych czytelników z naszej grupki. 🙂 Jagoda

  2. Zostaje ze mną obraz prawdziwej marmolady, pachnącej pomarańczami w kontraście do słodkiej masy. Jutro prowadzę szkolenie, chciałabym się tak sobą nie przejmować, jak się przejmuję 😉

  3. „Wiele osób woli wymyślać siebie samego, niż nawiązywać prawdziwy kontakt z sobą i ujawniać, to, co się wewnątrz nich dzieje. Tak jest bezpieczniej, ale w ten sposób nie da się być twórczym.” – aż mnie dreszcz przeszedł, bo rozpoznałam w „tych osobach” siebie przez większość mojego życia. Powoli toruję sobie drogę do własnych pomysłów i pragnień, ale społeczne oczekiwania nadal robią swoje. Na szczęście mam ten newsletter i bliską osobę, która zawsze jest otwarta na mnie w różnych odsłonach. Poczucie, że nie jest się samemu i inni również dążą do autentyczności, bardzo krzepi. Dziękuję.

  4. Dziękuję Agnieszko za komentarz. Społeczne oczekiwania, poczucie zagrożenia, że nie jestem dość „jakiś tam” (twórczy, uzdolniony, kreatywny, sprawny, dogłębny, mający wyczucie stylu itp.), podporządkowywanie się ocenom innych… – myślę, że to ogromne bariery, bez których trudno zrobić coś swojego i trudno się twórczo rozwijać. Wsparcie innych bardzo pomaga, mam jednak wrażenie, że często warto popracować także nad jakimś rodzajem wewnętrznej zgody na bycie „niepasującym”, czy „nie spełniającym” całej serii oczekiwań (nawet pochodzących od najbliższych).

    Być może w tym tygodniu zajmiemy się tym. Planowałem rozpocząć sprawę codziennego tworzenia, ale być może lepiej zacząć od ocen w naszej głowie, bo bez pozbycia się takiej oceniającej perspektywy, codzienne tworzenie może się stać nie przyjemnością i zabawo – pracą, ale jakimś rodzajem masochistycznej praktyki codziennego znęcania się nad sobą (w rodzaju noszenia włosiennicy).
    Jeszcze raz dziękuję za komentarz. Komentarze pomagają mi dobrze ukierunkować teksty. I bardzo się cieszę, że te ten newsletter jest dla Ciebie pomocny 🙂

    • Cieszę się, że odpisałeś. 🙂 W moim przypadku oczekiwania, że nie jestem „wystarczająco” jakaś, męczyły mnie od środka (czyli ja sama, w moich oczach, powinnam być ogarnięta, zorganizowana, odporna na stres itd.), natomiast jest też problem oczekiwań zewnętrznych w rodzaju: „przecież jesteś taka inteligentna, taka oczytana, taka wykształcona, dlaczego chcesz zajmować się akurat TYM? ” albo: „stać cię na więcej”, albo: „nie szkoda ci lat nauki?”. (Przez uwewnętrznienie oceny, że jestem taka wspaniała, ambitna i predysponowana do robienia „niezwykłych rzeczy”, napytałam sobie dużo biedy i straciłam wiele nerwów w kolejnych zawodach, do których ewidentnie nie miałam serca i charakteru.) Testuję to cały czas na sobie i mierzę się ze zdziwieniem.

Zostaw komentarz