Nie wiem, za co się zabrać

Czy to, co na co dzień robisz, daje twojemu życiu poczucie sensu, energii, bycia we właściwym miejscu?

Usłyszałem niedawno: „Tobie jest łatwo, bo wiesz, co chcesz robić. Chciałabym robić coś, do czego jestem w pełni przekonana, ale wciąż nie wiem, co to ma być. Lubię robić wiele rzeczy, ale nie na tyle, by się w to rzucić głową w dół. Szukam jakieś gwiazdy północnej, ale wciąż nie mogę jej znaleźć”.

Swoją „gwiazdę północną” ludzie znajdują na wiele sposobów. Kiedyś na przykład przeczytałem książkę Elliota Aronsona „Człowiek istota społeczna” i zostałem psychologiem. Ludzie czytają książki, oglądają filmy, poznają kogoś inspirującego, robią coś przypadkiem i wsiąkają w to… Tak, jak ludzie zakochują się na przeróżne sposoby, także na przeróżne sposoby znajdują swoje pasje. Gdy idziemy przez świat i się rozglądamy, mamy szansę spotkać coś, co jest warte miłości.

Co jednak zrobić, gdy akurat nic nas nie zachwyca? Może jest wokół trochę sympatycznych postaci (lubię trochę pisać, interesuję się trochę sztuką, trochę maluję, trochę programuję), ale to tylko sympatyczni znajomi, hobby, ale nie miłość czy pasja.

Co, gdy czuję się wypalony albo obojętny wobec tego, co teraz robię, a co więcej, chciałbym zająć się jakąś nową rzeczą na poważnie? Co, gdy chciałbym znaleźć nie kolejne hobby na wieczory i weekendy, ale coś, czym mógłbym żyć, a nawet — w jakiejś perspektywie — z czego mógłbym się utrzymywać?

Najpierw Cię rozczaruję: nie ma uniwersalnych przepisów, dzięki którym raz-dwa i wszystko jasne. Jeżeli nawet takie są, nie znam ich. Mogę się jedynie podzielić tym, w jaki sposób sam radzę sobie z tym wyzwaniem (a jest to wyzwanie, które co jakiś czas, w miarę rozwoju psychicznego wraca). Nie wiem, czy te podpowiedzi działają u każdego. Być może tylko niektóre. Musisz ocenić sama.

Pytanie „dla kogo?”

Aby odnaleźć swoją „gwiazdę północną” (to, czym naprawdę chcesz się zająć) ludzie zadają sobie różne pytania. Niektóre z nich są pomocne, inne prowadzą na manowce.

Na manowce prowadzi na przykład pytanie „Co umiem robić?” Gdybym zadawał sobie to pytanie, do dziś bym naprawiał komputery (skończyłem technikum elektroniczne i pracowałem przez rok w zawodzie). Czy ma sens zajmowanie się do końca życia naprawą komputerów, tylko dlatego, że kiedyś się tego nauczyłem? Przecież mogę nauczyć się tylu nowych rzeczy! Nie sądzę, by to pytanie komukolwiek pomogło w poszukiwaniach. Możesz być w czymś naprawdę dobry, ale możesz nie mieć z tego żadnej radości.

Są pytania pomocne dla innych, dla mnie jednak bezużyteczne. Na przykład pytanie „Dlaczego”? Jest bardzo popularna książka zatytułowana „Zaczynaj od dlaczego”. To pytanie może być pomocne. Jednak w moim przypadku jest do bani. Zachęca mnie do abstrakcyjnych, ekwilibrystycznych odpowiedzi, które tak naprawdę niewiele znaczą. „Dlatego, że chcę pomóc światu; dlatego, że chcę zmienić, jak ludzie podchodzą do życia; dlatego, że tylko ja mogę to zrobić; dlatego, że sztuka jest ważna; dlatego, że obchodzi mnie edukacja; dlatego, że twórczość jest istotna itp.”.

Łatwo wymyślić coś, co dobrze brzmi, ale nie ma związku z rzeczywistością.

Pytaniem, które zawsze mi pomaga w poszukiwaniach, jest proste pytanie „Dla kogo?”. Ludzie nie działają „dlaczego”, ale raczej „dla kogo”. Łatwiej zrozumieć to, co robią, gdy popatrzysz na nich z tej perspektywy.

Równocześnie jest to pytanie, na którego bazie łatwiej coś stworzyć. W wersji biznesowej, gdy chcesz stworzyć firmę, podstawowe pytanie brzmi: „Jaki segment klientów chcesz obsługiwać?” Bez wizji tego, kto jest twoim najważniejszym klientem, nie da się stworzyć żadnego sensownego modelu biznesowego.

To pytanie jest kluczowe, w każdym przypadku. Nie ma twórcy, bez publiczności. Gdy coś tworzysz, chcesz wywrzeć na kimś wrażenie. Chcesz mu coś dać. Chcesz, żeby się zachwycił, przejął, by coś zobaczył, by się czymś przeraził, by podzielił twoją wizję świata. Steve Jobs podczas swojej słynnej pierwszej prezentacji smarfona, co jakiś czas powtarzał: Isn’t that great? (Czy to nie wspaniałe?). Nie musisz zadawać tego pytania bezpośrednio, ale gdy pokazujesz coś ludziom, przynajmniej w tle, zadajesz to pytanie.

Spróbuj zatem poszukać od tej strony:

— Kto cię obchodzi?

— W jakiej sytuacji jest ten ktoś?

— Co chciałbyś tej osobie dać?

— W jaki sposób chciałbyś wpłynąć na tę osobę?

Jeżeli to za trudne pytanie, spróbuj od czegoś bardziej podstawowego:

— Z kim lubię się zadawać?

— Z kim / czym chcę mieć do czynienia?

Tym znaczącym „kimś” najczęściej są ludzie, ale niekoniecznie. To mogą być zwierzęta, przyroda, zabytki itp.

Ktoś, kto jest dla nas ważny, zawsze jest w jakiejś konkretnej sytuacji. Nie musi to być dramatyczna sytuacja (głodni, spragnieni, uwięzieni, poszkodowani itp.). To może być ktoś, kto potrzebuje rozrywki, towarzystwa czy pomocy w osiągnięciach.

Co jest twoim żywiołem?

Gdy pytamy siebie „dla kogo?”, patrzymy na zewnątrz. Warto też popatrzeć do środka.

Co jest dla mnie najbardziej naturalną formą działania? Co jest moim żywiołem? Co jest moim naturalnym językiem?

Na przykład moim „językiem ojczystym” jest pisanie. Radzę sobie dość dobrze w kilku innych językach (mówienie, spotykanie się, przewodzenie, uczenie innych), jednak to pisanie jest tym, co uznaję za sedno.

Jak to poznać?

Niekoniecznie po tym, że łatwo ci wszystko w czymś przychodzi. Mam wciąż poczucie, nawet po napisaniu tysięcy stron, że ciągle jestem słaby. Mam nawet wrażenie, że gdybym zdecydował się na nagrywanie podcastów (zamiast pisania), robiłbym to lepiej, niż piszę teksty. Dlaczego w takim razie nie decyduję się na poadcasty (które są obecnie znacznie bardziej popularne niż książki czy tekstu)?

Bo gdy piszę, odkrywam nowe rzeczy, układam sobie wiele w głowie i czuję, że żyję. Pisanie mnie doładowuje, popycha do przodu, uzupełnia, dodaje energii. Nie zawsze i nie przez cały czas, ale wystarczy, że się to zdarza.

Nagrywanie jest głównie pracą, wysiłkiem, wydatkowaniem energii. Po tym, gdy coś nagram, muszę odpocząć. Muszę zgromadzić energię. Po tym, gdy piszę, niekoniecznie. Mogę być zmęczony całym dniem pisania, ale jest to ożywczy rodzaj zmęczenia, po którym mam ochotę na zrobienie czegoś jeszcze.

Twój język ojczysty (czy żywioł) to taka domena działania, w której, przynajmniej raz na jakiś czas możesz wykrzyknąć, jak Michael Jordan: „I love this game!”

Wiele osób nazywa tę domenę „żywiołem”, ja chyba wolę mówić o „języku”. Po pierwsze możesz znać kilka języków (śpiewanie, komponowanie, rysowanie, pisanie), a po drugie to może się zmieniać.

Każdego języka można się nauczyć, czasem jednak szkoda energii na tworzenie w obcym języku, gdy możesz tworzyć w tym, które jest dla ciebie najbardziej naturalny.

Zastanów się, co dziś jest twoim, najbardziej naturalnym językiem. Pisanie? Mówienie? Rozmawianie? Spotykanie się? Rysowanie? Przemawianie? Projektowanie? Szycie? Rzeźbienie? Uczenie? Planowanie? Produkowanie? Śpiewanie? Taniec?

Jeżeli masz te dwie rzeczy („Kto” i „Jak”), możesz wpaść na wiele pomysłów. Nie myśl jednak, że od razu doznasz olśnienia i wszystko stanie się jasne.

Zaakceptuj niewiedzę i brak pewności

Jednym z moich problemów bywa zbyt szybkie udzielanie odpowiedzi.

Stan, w którym zadałeś sobie pytanie, ale jeszcze nie znasz odpowiedzi, jest niewygodny. Masz w głowie chaos, nie wiesz, czy to, czy tamto, wszystko jest niewiadome.

Jednak ten czas jest czymś bardzo cennym. To czas, w którym widzisz więcej, w którym wszystkie drogi są przed tobą otwarte.

Tak, jakbyś wszedł na lotnisko jeszcze bez biletu i planu podróży — wszystkie kierunki są możliwe. Może polecisz na Grenlandię, a może na Jamajkę? Nie musisz od razu podchodzić do kasy i kupować biletu. Czy to nie fajne uczucie? Wiem, wiele osób odpowie: „Koszmarne!”.

Jednak stan „nie wiem, co mam robić” jest dobrym stanem. Owszem, to stan, w którym czujemy wysiłek, możemy jednak nauczyć się czerpać z niego przyjemność, tak jak czerpiemy przyjemność z długiego biegu czy jazdy na rowerze pod górkę.

Dopiero wtedy, gdy ten stan zaakceptujesz, gdy nauczysz się wytrzymywać niepewność, możesz znaleźć prawdziwą odpowiedź.

Powoli, bądź cierpliwy. Zaakceptuj, że nie wiesz i dopiero się dowiadujesz. Nie zmuszaj się do gwałtownych decyzji („Muszę do jutra być pewnym!”). Daj sobie czas. Nie ma nic złego w tym, że nie wiesz, o co ci chodzi, póki w otwarty sposób nosisz swoją niewiedzę; póki nie ukrywasz jej za przypadkowymi wyborami. Lepiej nie wiedzieć, niż wmawiać sobie, że coś wiesz.

Oczywiście istnieje tutaj olbrzymie ryzyko. Polega ono na zadomowieniu się w hali odlotów. Tak bardzo polubiłeś to uczucie, w którym wszystkie kierunki świata są możliwe, że nigdy nie kupisz żadnego biletu i spędzisz życie na podejmowaniu decyzji. Jak wszędzie w życiu, skrajności nie są dobre.

Nie czekaj na księcia na białym koniu –prowadź eksperymenty

Jest prosta recepta na to, by nie zamieszkać na stałe w hali odlotów i nie spędzić życia na gdybaniu o tym, co mógłbym w życiu robić. Tą receptą jest regularne i ustawiczne prowadzenie eksperymentów.

Wiele osób ma tendencję do tego, by czekać z podjęciem decyzji do momentu absolutnej, kompletnej pewności. „Albo to jest właśnie to, o czym całe życie marzyłam, albo w ogóle w to nie wchodzę” — taki sposób myślenia to recepta na paraliż życiowy. To podobne myślenie do: „Albo książę na białym koniu, albo nikt”. Efektem jest samotna, stara panna.

Najlepsze możliwości prawie nigdy nie przyjeżdżają na białym koniu, z książęcą świtą u boku. Znacznie częściej zjawiają się w naszym życiu jako niepozorny przechodzień. Jeżeli czekasz na fanfary, świtę i koronę na blond grzywce, nigdy ich nie spotkasz.

Jedyną receptą, by je odkryć, jest zaczynać rozmowę z różnymi ludźmi. Owszem, w przypadku większości z przechodniów, okaże się, że to nie to. Nie ma sensu rzucać się na każdego i proponować małżeństwo. Wystarczy dać szansę — porozmawiać, podnieść wzrok, popatrzeć, uśmiechnąć się, zamienić parę słów. Takim wstępnym spotkaniem jest prowadzenie eksperymentów.

Przeprowadź eksperyment i zobacz, jak się czujesz i jak ci to wychodzi. Przeprowadź eksperyment, nie oznacza jednak „spróbuj”. Próbowanie to próbowanie, eksperymentowanie jest czymś innym.

Kluczową różnicą pomiędzy próbowaniem a eksperymentowaniem jest informacja zwrotna. Trudno wyobrazić sobie eksperyment bez jakiegoś rodzaju wskaźników czy mierników. Gdy eksperymentujesz, powinieneś także mierzyć efekty swoich działań.

Co mierzyć w trakcie eksperymentów?

Warto mieć na względzie dwa rodzaje czynników. Z jednej strony twoje własne samopoczucie. Z drugiej reakcję świata na twoje działania. W końcu te dwie rzeczy są ważne i znaleźć swoją Ewangelinę (jeżeli oglądałeś „Księżniczkę i Żabę”, jeżeli nie: Gwiazdę Północną) oznacza znaleźć coś, co i tobie dodaje energii, i ludzie tego potrzebują.

Jeżeli chodzi o pierwszy czynnik, sprawa wydaje się łatwiejsza: wystarczy odpowiedzieć sobie na kilka pytań:

— Jak się czułam?

— Czy jestem z siebie zadowolona?

— Czy to było energetyczne doznanie?

Taka ocena wydaje się łatwa, jednak pułapka polega na samooszukiwaniu. Gdy włożysz w coś dużo energii głupio ci potem przyznać się samej przed sobą, że to nie jest to.

Gdy oceniasz, pamiętaj, że to jest eksperyment. W eksperymencie nie ma czegoś takiego jak porażka, są tylko negatywne i pozytywne wyniki. Daj sobie prawo, by dojść do wniosku, że to nie to.

Czasem to, co robisz, wzbudza mieszane doznania: raz jest świetnie, raz jest średnio, a raz do niczego.

W takich sytuacjach najprostszym rozwiązaniem jest przygotować sobie kartkę, na której stawiasz plus, ile razy czujesz, że to jest to, i minus, ile razy jesteś zdołowany. Oczywiście jeszcze lepiej jest zanotować co i kiedy się działo.

Pod koniec miesiąca podsumowujesz plusy i minusy i widzisz, czego było więcej. To banalnie prosta metoda, ale dzięki niej skończyłem studia i się obroniłem. Miałem już wtedy pracę w innym mieście, całkiem dobrze mi się tam powodziło i kusiło mnie zostać i nie wracać na jeszcze jeden rok studiów. Zrobiłem prostą kartkę zatytułowaną „Czy chcę tu zostać?” i przez jakieś trzy miesiące zbierałem „+” i „—”. Myślałem, że wygrają plusy, a minusy są tylko objawem mojej nieco emocjonalnej natury. Minusy wygrały w przytłaczający sposób. Wróciłem zatem do Krakowa i dokończyłem studia.

Bardzo ważne jest sprawdzenie drugiej strony: Czy ktoś tego potrzebuje? Czy forma działania, jaką wybrałeś, jest dobra dla twojej publiczności? Czy ludzie rezonują? Czy to ma dla nich jakąś wartość? Czy w ten sposób coś zmieniasz?

Żeby to ocenić, potrzebujesz jakiegoś rodzaju konkretnych wskaźników. To może być np.:

— ilość osób, jakie odwiedzą twoją stronę

— ilość pozytywnych ocen

— ilość komentarzy

— ilość pobrań twojego dzieła

— ilość / wielkość zakupów.

Wskaźnik wskaźnikowi nie równy, czymś innym, jest wejście na stronę, a czymś innym zakup. Wiele jednak zależy od tego, w którym jesteś momencie. Gdy dopiero zaczynasz coś tworzyć (np. obrazy cyfrowe), trudno oczekiwać by od razu ludzie rzucili się do zakupów, w takiej sytuacji wystarczy kierować się ilością ocen twoich dzieł. Z czasem jednak sprawdzaj reakcje na to, co robisz coraz dokładniej. To, że ktoś odwiedził twoją stronę, nie znaczy przecież, że to, co robisz, jest dla niego ważne. Może mu pomagasz, a może nie — daj mu możliwość wyrażenia jego opinii o twojej twórczości poprzez zakup.

Zaplanuj nie tylko to, jak będziesz oceniać swój eksperyment, ale także, kiedy to będziesz robić. Wpisz sesję podsumowującą do kalendarza albo nawet wyślij do siebie maila, który dojdzie o określonej porze.

Liczy się droga

Odnalezienie swojej gwiazdy północnej jest procesem, a nie jednorazowym wydarzeniem. Nie oczekuj, że znajdziesz to, co jest twoją prawdziwą pasją na ulicy.

Daj sobie czas. Czas na to, by popełniać błędy, wchodzić w ślepe uliczki, wycofywać się z nich, by zmieniać, udoskonalać, prostować, poprawiać.

Daj sobie czas, by nawiązywać relacje, doskonalić się, odnajdować smak. Z czasem będziesz wiedzieć coraz więcej na swój temat.

I jeszcze jedna tajemnica. Być może nigdy nie dotrzesz do tej jednej, jedynej rzeczy. Bo tak naprawdę nie zawsze chodzi o to, by znaleźć. Szukanie jest co najmniej tak samo cenne.

Zostaw komentarz