Kurde, zrobiłem błąd

Przez wiele lat zasadniczą częścią mojej pracy było opracowywanie materiałów szkoleniowych. W firmie, w której pracowałem, przyjęliśmy zasadę, że nasze materiały nie są jedynie zestawem slajdów, ale podręcznikiem towarzyszącym szkoleniu. Zatem przed każdym nowym szkoleniem należało napisać coś w rodzaju książki. Ponieważ był to zazwyczaj opasły tom, pracowaliśmy nad nim w kilka osób. Każdy dostawał jakąś część, obmyślał, obczytywał się, robił selekcję treści, w końcu pisał, poprawiał i przynosił wszystko do mnie. Oprócz pracy nad swoją częścią, moim zadaniem było połączenie tego całość.

Niestety, to co dostawałem, to była zazwyczaj kompletna sieczka. Moi współpracownicy nie potrafili pisać. Ponieważ czytałem wszystko w wersji drukowanej, nie raz zdarzało się, że ze wściekłości darłem kartki albo nimi rzucałem.

— Jak można pisać takie głupoty?! — wrzeszczałem — gdy ludzie to zobaczą, zażądają zwrotu pieniędzy za szkolenie!

Gdy już mijała wściekłość, wracałem do tekstów i zaczynałem je poprawiać. Co miałem zrobić?

I tu okazywało się, że jestem w tym całkiem dobry. Potrafiłem zrobić z beznadziejnej papki coś, co dało się czytać. Czasem trzeba było wszystko poprzestawiać, czasem wyrzucić osiemdziesiąt procent, czasem dopisać kilka akapitów — ale dało się to zrobić. Materiały stawały się czytelne.

Najciekawsze było dla mnie to, że czułem z tej pracy sporą przyjemność. Na zewnątrz wciąż nosiłem marsową minę, ale w środku czułem jakiegoś rodzaju radość i dumę. W końcu to ja dostrzegałem niedociągnięcia, w końcu to ja wpadałem na pomysły jak sobie z nimi poradzić. To dzięki mnie materiały nie były całkowitym badziewiem. A oprócz tego, poprawianie samo w sobie, było całkiem wciągające.

Miałem tylko jeden problem: nie byłem w stanie zrobić czegoś podobnego ze swoimi tekstami. Gdy brałem do ręki moje dzieło (a było zazwyczaj tak samo kiepskie, bo ja również nie umiałem pisać) reagowałem inaczej. Co prawda nie czułem złości, ale zamiast niej czułem się zdołowany, pozbawiony energii, przytłoczony. Nie miałem pomysłów, nie byłem w stanie niczego poprawić, męczyła mnie każda chwila siedzenia nad czymś, co sam napisałem.

To była zagadka. Dlaczego jestem w stanie poprawiać teksty innych, czasami nawet gorsze jakościowo, dlaczego mam pomysły co z nimi zrobić — podczas gdy zupełnie nie radzę sobie z tym, co sam zrobiłem? Dlaczego biorąc do ręki swój tekst, czuję się tak, jakbym w środku nocy wpadł do ciemnego dołu w opuszczonej okolicy?

Moje własne niedociągnięcia, błędy i niedoskonałości rozkładały mnie zupełnie i sprawiały, że przestawałem być zdolny do wykorzystywania możliwości, którymi dysponowałem.

Oczywiste było, że mam na pieńku z błędami, niedociągnięciami, czy pomyłkami, a szczególnie z własnymi.

Nie oczekuj, że od razu wszystko będzie doskonałe (nastawienie wobec błędów)

Zacząłem szukać rad — u osób, które tworzyły, w książkach, na szkoleniach. Wszyscy mówili: To nie problem, że w tym, co robisz, jest tyle niedociągnięć. Problem polega na tym, że oczekujesz, by ich nie było. Jak w tym wierszyku o pajączku i pajączce, w którym pajączek chwali się, że jego pajęczyna jest takim cudem, że wprost „mucha nie siada”, na co ona: „z gniewem wrzaśnie: A ma, durniu, siadać właśnie!”.

Jak coś ma być twórcze, to nie może być „mucha nie siada”. Im bardziej coś jest twórcze, im bardziej wartościowe, tym bardziej niedoskonała jest pierwsza wersja.

W naszej głowie wciąż pokutuje romantyczny obraz geniusza, który spisuje bez poprawek to, co muza szepcze mu na ucho. „Jak jesteś wybrany przez muzy, to do głowy przychodzą ci gotowe dzieła, które nie wymagają żadnych poprawek”. Taki Mozart szedł na spacer, a po powrocie siadał i pisał gotowy do zagrania, genialny koncert. To bzdura zapoczątkowana przez jednego z osiemnastowiecznych autorów (Otto Jahna), który bezczelnie sfałszował listy Mozarta. Z nielicznych rękopisów Mozarta, jakie ocalały (większość po jego śmierci spaliła żona), wiadomo, że Mozart poprawiał wiele razy swoje pierwsze wersje. Jednak w okresie romantyzmu, przyznawanie się do poprawek, było równoznaczne z przyznaniem się, do tego, że jest się beztalenciem. Mimo że te czasy minęły, wielu twórców wciąż wstydliwie ukrywa swoją mordęgę, jaka dzieli szkic od skończonej wersji.

Zdarza się, owszem, że to, co zrobisz jako pierwsze, jest najlepsze. To jednak wyjątek, a nie reguła. Jeżeli zabierasz się za cokolwiek, powinieneś przygotować się na błędy, porażki i niedociągnięcia. O ile moja złość na osoby przynoszące mi rozbabrane teksty była po części uzasadniona (zanim komuś coś dasz, popraw to, nigdy nie świeć tyłkiem pierwszej wersji), o tyle w odniesieniu do mnie samego, było to nieracjonalne.

**Napisz, co jesteś w stanie napisać i przygotuj się, że przez jakiś czas trzeba będzie nad tym jeszcze popracować. **Na tym polega pisanie, malowanie, programowanie, budowanie firm — każda twórcza działalność.

Jeżeli masz godzinę na to, by coś napisać, pisz przez 20 minut, a pozostałe 40 zarezerwuj na przepisywanie, skreślanie, prostowanie, wzmacnianie itp. Jak mówi często cytowane powiedzenie „Pisanie to przepisywanie” (writing is rewriting). To samo dotyczy innych dziedzin: programowanie to poprawianie „bugów” (błędów); tworzenie firm, to pozbywanie się tego, co nie pracuje; projektowanie to usuwanie tego, co nie jest niezbędne.

Nie dyskredytuj jednak pierwszej wersji

Arnold Samuelson, młody człowiek, który próbował nauczyć się pisać, spędzając rok z Ernestem Hemingwayem (niestety bez efektu), cytuje słowa mistrza:

Przepisywałem pierwszą część „Pożegnania z bronią” co najmniej pięćdziesiąt razy. Gdy coś piszesz, musisz to ciągle przepracowywać. Pierwszy szkic czegokolwiek to gówno (The first draft of anything is shit).

Arnold Samuelson „With Hemingway: A Year in Key West and Cuba”

Te słowa Hemingwaya są bardzo często cytowane w sieci. Często jednak w sposób pozbawiony refleksji. Po pierwsze to skrót, po drugie zapisany przez człowieka, który mimo spędzenia z mistrzem roku niewiele cennych rzeczy napisał. Można te słowa zrozumieć tak, że pierwsza wersja to zupełnie byle co, że to coś mało ważnego, do czego nie ma się co przykładać (przecież i tak jeszcze będę to musiał przepisać). Skoro tak, to celem pierwszego pisania (szkicowania) jest jedynie zostawienie śladu na papierze. Hemingwayowi chodzi tylko o to, żeby nie pokazywać innym pierwszego szkicu, a nie o to, że mamy go lekceważyć i robić byle jak. Pisze (tym razem osobiście w jednym ze swoich artykułów):

Tworzenie pierwszego szkicu jest chwilą, gdy jesteście czymś przejęci. Jednak nikt nie może zobaczyć pierwszego szkicu, dopóki nie przejrzycie go jeszcze raz i jeszcze raz, dopóki nie przekażecie czytelnikowi wzruszenia, widoków i odgłosów.

Ernest Hemingway

Pierwsze wersja nie może być „shitem”. Jeżeli jest efektem znudzonej, byle jakiej pisaniny, jeżeli nie ma w niej przejęcia, frajdy (jak to w innym miejscu nazywa Papa) – to przepisywanie nic nie da.

Podczas robienia pierwszej wersji nie powinno cię obchodzić, czy coś jest shitem, czy nie jest. Tak, będą poprawki, ale co cię to teraz obchodzi? Ocena zabija przejęcie. Aby się przejąć, przestań zajmować się ocenami. Nie jest ważne, jak to zostanie ocenione, ani jak sam to ocenisz.

Jeżeli to ci pomoże, by pozbyć się ocen, daj sobie prawo, by pierwsza wersja była zupełnym badziewiem. Niektórym to bardzo pomaga. Sam długo próbowałem takiego podejścia, jednak jego efektem była demobilizacja. Znacznie lepszym rozwiązaniem okazało się dla mnie pamiętanie o tym, by nie oceniać.

Dopiero wtedy, gdy już wyrzucisz z siebie z przejęciem pierwszą wersję, dopiero wtedy, gdy przejęcie opadnie, masz prawo stanąć z boku.

Pierwsza wersja nie jest śmieciem, nie jest także brylantem. Nie dyskredytuj tego, co zrobiłeś — nie traktuj jej, jako byle czego. To nie jest ‚shit‘, ale nieoszlifowany kamień. Może nie diament, może nie rubin, może nie szmaragd, może nie szafir — ale przynajmniej jakiś prześwitujący błękitem lazuryt, zielenią chryzopraz, czy słońcem bursztyn. Owszem, nie wygląda, ale tylko dlatego, że nie jest jeszcze obrobiony.

Zacznij od szukania tego, co dobre

Zrobiłeś z przejęciem pierwszą wersję. Bierzesz ją teraz do rąk i się przyglądasz. Do tej pory wydobywałeś coś z siebie, teraz pora poddać to obróbce.

Czy w takim razie pora na to, by zacząć szukać błędów? Nie do końca. Ocenianie nie musi oznaczać szukania błędów i niedociągnięć. To może równie dobrze oznaczać szukanie rzeczy dobrych.

Nie zaczynaj od szukania tego, co ci nie wyszło, co zrobiłaś nie tak. Na początek poszukaj tego, co jest dobre. Poszukaj tego, co jest w twoim odczuciu najmocniejsze, najfajniejsze, najbardziej udane.

Takie podejście wymaga przestawienia się. Zadaj komukolwiek pytanie „Jak to oceniasz?”. Większość ludzi, niezależnie od tego, o co ich zapytasz, zacznie od opowiadania o tym, co im się nie podoba.

— To można, by było zrobić lepiej, tamto bym zrobił inaczej, to jest nie do końca takie, jak bym chciał.

— A jest coś, co ci się podoba?

— No wiesz, ogólnie to jestem zadowolony.

„Ogólnie to jest ok., ale…”. Wiele razy przerabiałem to w trakcie prowadzenia szkoleń z umiejętności społecznych dla różnego rodzaju specjalistów. Jedną z najważniejszych cech profesjonalisty jest to, że oceniając, najpierw zadaje sobie pytanie: „Co konkretnie mi się podoba?”, a dopiero później „Co można poprawić?”

To wymaga dyscypliny, bo często więcej wysiłku zajmuje znalezienie czegoś cennego, niż znalezienie czegoś do poprawy. Skupienie przede wszystkim na tym, co jest do poprawy (jeszcze gorzej, na tym, co jest „do dupy”) to złe podejście do ludzi, do życia, a także do tworzenia.

Co wcale nie oznacza, że mamy wszystkim się zachwycać i we wszystkim widzieć wspaniałości. Liczy się jednak kolejność.

Czasem błąd bywa najcenniejszym odkryciem

Wreszcie możesz zobaczyć błędy i niedociągnięcia. Zanim jednak zaczniesz wszystko skreślać i poprawiać, pamiętaj, że czasem nawet i błędy i niedociągnięcia bywają czymś cennym.

Czasem błąd to nie błąd, ale odkrycie. To, co na pierwszy rzut oka wydaje się pomyłką, może być portalem do czegoś nowego i fascynującego. Alexander Fleming nie odkryłby penicyliny, gdyby ktoś nie zrobił bałaganu w laboratorium i posprzątał tak, jak powinno być to zrobione. Mnóstwo wynalazków to efekty pomyłek, błędów, niedociągnięć (np. sztuczny jedwab, rozrusznik serca, kuchenka mikrofalowa, karteczki samoprzylepne 3M, teflon).

Błędy bywają możliwościami, które nie pojawiłyby się w inny sposób.

Salvador Dali radził (choć nieco przesadzając w typowy dla siebie sposób):

Błędy niemal zawsze mają świętą naturę. Nigdy nie próbuj ich poprawiać. Przeciwnie, dogłębnie je zrozum. Po tym będzie można zrobić z nich coś wspaniałego.

Salvador Dali

Błędy nie zawsze są święte, ale zawsze warto dobrze je zrozumieć.

Pokora wobec błędów

Oczywiście czasem błąd nie jest żadnym odkryciem, a jedynie czymś, co trzeba po prostu poprawić (albo pogodzić się z nim, przecież nie każdy błąd warty jest wysiłku poprawiania). Tym ważniejsza jest wtedy akceptacja tego, że popełniasz błędy. Przekonanie „nie mam prawa popełnić błędu” rujnuje życie.

Jest świetne opowiadanie I.B. Singera zatytułowane „Błąd”. Bohaterką jest Gnesze, piękna i mądra żydowska dziewczyna, która robi błąd przy wyborze męża. Kandydat do ręki wydaje się jej niezwykle inteligentny i niezwykle zabawny, jednak już kilka dni po ślubie, okazuje się, że jest tylko zabawny, ale potwornie głupi. Jego zabawność, pozbawiona inteligencji okazuje się głupkowatą wesołkowatością. Widzą to wszyscy wokół, a przez jakiś czas także i Gnesze.

Ojciec mówi jej:

— Pozwól sobie przypomnieć córko, że wśród Żydów istnieje coś takiego jak rozwód. Błądzenie jest rzeczą ludzką.

Gnesze jednak ma o sobie niezwykle wygórowane mniemanie. Uważa się za niezwykle mądrą. A mądra osoba, nie popełnia przecież takich głupich pomyłek! Jeżeli przyznałabym się, że popełniłam błąd, wyszłoby na to, że „ja też jestem głupia”. Co wobec tego robi? Kolejny błąd i kolejny. Jak komentuje narratorka opowiadania (ciotka Jentł):

Skoro ona, mądra Gnesze, popełniła błąd, to musiała udowodnić, że miała słuszność. To rodzaj buty.

I.B. Singer, Opowiadanie „Błąd” ze zbioru „Grosiki na raj”

Nie pozwala powiedzieć słowa na męża, pomaga mu realizować jego głupie pomysły, traktuje go tak, jakby był kimś niezwykle mądrym. Jednak coraz bardziej przepełnia ją wściekłość i pogarda. Stopniowo zmienia się w zupełnie inną osobę. Ktoś nawet twierdzi: „To nie istota ludzka, to demon!”. Po śmierci męża sama umiera schorowana, wściekła, odcięta od innych, pozbawiona poczucia własnej godności. Ciotka Jentł podsumowuje:

Mały błąd zmienia się w wielki błąd, a wielki błąd może prowadzić — uchowaj ojcze niebieski — wprost do Gehenny.

Jeżeli trzymasz się przekonania, że jesteś na tyle mądry, by nie robić błędów, nie jesteś pewny siebie, ale butny.

Jeżeli uważasz, że jesteś na tyle dobrym pisarzem, że twoje pierwsze wersji nie wymagają poprawek, prawdopodobnie nie nadajesz się do tego, by pisać. Jeżeli uważasz, że jesteś biznesmenem, którego pierwsza firma musi odnieść sukces, prawdopodobnie nie nadajesz się do biznesu. Jeżeli uważasz, że twój pierwszy szkic, powinien doskonale uchwycić to, co widzisz, nigdy nie nauczysz się rysować.

Pozbądź się buty, zanim będzie za późno. Nie jestem nieomylny i nie jest mi to potrzebne. Popełniłem błąd? Cóż, popełniłem. Co w tym niezwykłego? Jestem człowiekiem, a nie demonem.

Jak pisze Singer:

Nie powinniśmy mieć nazbyt wygórowanego mniemania o sobie. Jesteśmy tylko ciałem i krwią.

Isaac Bashevis Singer

Bądź wrażliwy na własną postawę, gdy zrobisz błąd lub coś niedoskonałego

Co czujesz, gdy w swoim dziele dostrzegasz niedoskonałości, niedoróbki czy braki?

Czy jesteś rozczarowany sobą? Myślisz: „Skoro tylko na coś takiego mnie było stać, to znak, że się nie nadaję, że nigdy nic mi nie wyjdzie, że jestem do niczego?”.

Po pierwsze: każdy robi błędy. Każde dopiero co stworzone dzieło jest pełne niedostatków.

Po drugie: dostrzegłeś swój błąd! Czy to nie wspaniale? Nie każdy przecież jest w stanie dostrzec swoje błędy i braki. Ty je widzisz. Czy nie masz zatem powodu do dumy z siebie? Zorientowałeś się. Skoro to dostrzegłeś, to znak, że się do tego nadajesz. Kurde, zrobiłem błąd i to zauważyłem. Czy to nie świetne? Skoro go dostrzegłem, mogę wybrać co z nim zrobić.

Jak się przestawić ze zniechęcenia błędami na radość z nich?

Mówiliśmy wcześniej o ukrytej koncepcji zdolności. „Jeżeli z czymś się trzeba urodzić, to każdy objaw niedoskonałości jest wyrokiem. Talent nie jest nieomylnością”. Talent jest jedynie wytrwałością w poprawianiu swoich błędów.

Kolejną przyczyną tego, że wybieram pierwszą reakcję, a nie drugą są nawyki.

Nawyki kojarzymy zazwyczaj z działaniami: po posiłku myję zęby, po położeniu się do łóżka czytam książki itp. Nawyk jest połączenie wyzwalacza (skończyłem posiłek, położyłem się do łóżka), z reakcją (idę do łazienki umyć zęby; wyciągam książkę i czytam parę stron).

Jednak reakcją (podobnie jak wyzwalaczem) niekoniecznie muszą być zewnętrzne działania. Mogą być nimi także stany emocjonalne.

Poczucie rozczarowania sobą może być nawykowym sposobem reagowania na popełniony przez siebie błąd.

Przyzwyczajamy się reagować tak, a nie inaczej. Zaczynamy już we wczesnych latach szkolnych, gdzie niedouczeni nauczyciele, zamiast uczyć radości z błędów, traktują je jako klęski. Potem sami się umacniamy w tym nawyku, wciąż traktując każdy błąd i pomyłkę jako powód do zmartwienia.

Bądź wrażliwy na to, co czujesz, gdy pojawiają się błędy i niedostatki w tym, co tworzysz. Naucz się wyłapywać zmiany nastroju, jakie się wtedy pojawiają.

Gdy złapiesz się na tym, że myślisz: „Znowu to położyłem”, zadaj sobie pytanie „Naprawdę?”. A może właśnie to jest najfajniejsze w tym wszystkim?

Kurde, zrobiłem błąd. Super, nie? To tworzy tyle możliwości!

Zostaw komentarz