Jak wyzwolić tworzenie od ocen?

Byłbym ostatnim głupcem, gdybym przynajmniej… (Georgia O’Keeffe)

Nigdy nie należałem do ludzi, którzy wciąż ustawiają swoje listy ulubionych zespołów, deserów czy obrazów. Zbyt szybko się to u mnie zmienia i zbyt trudno mi podejmować decyzje. Gdybym jednak takie listy robił, w moim top-5 malarzy, pewnie znalazłaby się Georgia O’Keeffe. Była wykształconą malarką, studiowała na Art Institute of Chicago, a w 1908 roku dostała nawet nagrodę za obraz olejny. Potem jednak dopadł ją kryzys. Przestała malować, mimo że kochała to robić od dzieciństwa. Mówiła nawet, że zapach terpentyny przyprawia ją o mdłości. Gdy po paru latach wróciła do malowania, okazało się, że robi to zupełnie inaczej niż do tej pory i inaczej niż inni. Jej styl musiał oburzać ludzi przyzwyczajonych do dziewiętnastowiecznej sztuki, nawet jeżeli byli mieszkańcami prującej do przodu Ameryki, nadano jej łatkę kobiety ogarniętej obsesją seksualną.

W roku 1923, w katalogu do swojej pierwszej dużej wystawy napisała:

Pewnego dnia, siedem lat temu, złapałam się na tym, że mówię sobie: nie mogę mieszkać tam, gdzie chcę; nie mogę pojechać tam, gdzie chcę; nie mogę robić tego, czego chcę; nawet nie mogę mówić tego, co chcę. Powiedziałam sobie, że byłabym ostatnim głupcem, gdybym przynajmniej nie malowała tak, jak chcę.

Georgia O’Keeffe

Tworzenie to obszar życia, w którym możesz wreszcie robić to, co chcesz, tak jak chcesz. Na tym w końcu tworzenie polega. To nie znaczy, że nie ma żadnych reguł, czy zasad. Jednak to jest istota tworzenia: robić coś tak, jak tego naprawdę chcesz. Przyjmując te reguły, które ci pasują i odrzucając te, które nie pasują; wymyślając nowe albo adaptując stare. Podglądając innych, nawet kradnąc od nich, ale nie po to, by kopiować, ale by z ich dzieł robić w pełni swoje.

Tworzyć to robić coś po swojemu, tak jak zawsze chciałeś: pisać, śpiewać, malować, kierować firmą, prowadzić szkolenia, pracować z ludźmi… Albo robisz coś tak, jak masz na to ochotę, albo jesteś wyrobnikiem, który nie tworzy.

Gdy przeczytałem wczoraj słowa O’Keeffe, najpierw poczułem zachwyt. Tak, ja też tylu rzeczy nie mogę! Nie mogę mieszkać tam, gdzie chcę ani jechać tam gdzie chcę! Jak ja to dobrze rozumiem! Przynajmniej będę pisać, tak jak chcę. Najpierw poczułem radość.

Potem jednak  dotarło do mnie, że nie jest to takie łatwe. To nie tak łatwo nie być tym „ostatnim głupcem”. Dlaczego?

Pierwszy powód

Po pierwsze nie zawsze umiemy dotrzeć do tego, czego naprawdę chcemy. Co tak naprawdę chcę napisać/ namalować / opracować/ stworzyć? Tak naprawdę, jak chciałbym to robić? Tak naprawdę, o co mi chodzi?

Dotarcie do tego często wymaga pracy i stawiania sobie wielu pytań. Wymaga uważności. Wymaga odwagi. Wymaga umiejętności odróżniania tego, czego naprawdę chcę od tego, co jest tylko chwilowym zauroczeniem.

Mówiliśmy o tym w poprzednich odcinkach. Dziś chciałbym się skupić na innej przyczynie.

Drugi powód: komisja oceniająca

Nie robimy czegoś po swojemu, bo boimy się ocen.  Czasem boimy się ocen konkretnych ludzi, wydawanych w konkretnych sytuacjach. Boję się, że gdy pokażę swój obrazek znajomemu, skrzywi się i powie „Nie, to jest słabe”, albo boję się, że jego reakcja będzie zbyt chłodna. Albo boję się, że gdy wrzucę tekst na bloga, ludzie powiedzą „Głupie…”. Albo boję się, że ich reakcja nie będzie dość entuzjastyczna: „W porządku, ale to akurat mu nie wyszło, inne teksty były lepsze…”.

Najgroźniejsze nie są jednak oceny, które słyszymy od innych, ale te, które słyszymy od siebie.

Gdy coś tworzymy, antycypujemy oceny. Spodziewamy się ich nawet tam, gdzie nikt ich nie wystawia. Piszę tekst i nawet nie wiem, czy będę go komuś pokazywał, ale w mojej głowie już formuje się komisja egzaminacyjna, która robi notatki w kajetach i stroi srogie miny. Jedna część mózgu pisze, ale druga obserwuje oceny wystawiane na bieżąco przez jury: „ Nie, nie mogę tego napisać w taki sposób, to będzie nie dość klarowne, nie dość twórcze, nie dość pomysłowe, nie dość naukowe itp.”

Skład jury

Czasem skład tego rodzaju komisji czy jury jest naprawdę absurdalny. Zmarnowałem sporo czasu na pisanie rzeczy, które spodobałyby się naukowcom i wykładowcom, jakich poznałem w trakcie studiów, choć wiedziałem, że żaden z nich raczej nie sięgnie po moje książki, czy teksty. Było tak szczególnie wtedy, gdy zmagałem się z pierwszą książką. Przez wiele miesięcy nie mogłem ruszyć z miejsca, a gdy już ruszałem, wciąż gubiłem wątek, plątałem się, wciąż coś dodawałem i poprawiałem. Wciąż szukałem nowych źródeł i wsparcia w artykułach naukowych. To była męczarnia.

W końcu przypadkiem trafiłem na publikację jednego z moich kolegów napisaną wraz z jednym z moich byłych wykładowców. Czytając, uświadomiłem sobie dwie rzeczy.

Pierwszą, że w skład mojej wewnętrznej komisji wchodzą te dwie osoby. Z jednym konkuruję, drugiego staram się zadowolić. Uświadomiłem sobie, że pisząc, zastanawiałem się wciąż: „Czy to jest dość dobre dla nich? Czy nie zarzucą mi, że źle rozumiem jakieś badania albo że trywializuję temat?”.

Drugą rzeczą, która do mnie dotarła, było to, że przecież to nie ma sensu, bo tak naprawdę nie mam najmniejszej ochoty pisać w ich stylu. Ich tekst był nie tylko drętwy, sztywny i nieciekawy. Był także wtórny i pozbawiony jakiegoś rodzaju własnych istotnych myśli, szczególnie gdy wcześniej przeczytało się kilka artykułów po angielsku.

Czy masz taką komisję oceniającą w swojej głowie? Czy starasz się zadowolić kogoś, na opinii kogo, tak naprawdę wcale ci nie zależy?

To, co tworzysz, zawsze komuś się nie spodoba

Gdy to do mnie dotarło, zacząłem mocno pracować, by pogodzić się z tym, że sporej grupie osób, to co piszę, nie będzie się podobać.

Tak, to się nie spodoba panu profesorowi. Tak, pan doktor stwierdzi, że to trywialne. Tak, moja koleżanka specjalistka od psychologii mediów, powie, że to żenada. Jednak, czy mnie to w jakikolwiek sposób obchodzi?

Tworzyć to znaczy robić rzeczy, które nie spodobają się wielu ludziom. Jeżeli robisz coś, co ma się spodobać wszystkim, to znaczy, że jeszcze nie tworzysz. Gdy piszesz, malujesz, śpiewasz, czy robisz cokolwiek innego i nie możesz się pogodzić z tym, że wiele osób wywróci oczy do góry, pokaże kółko na czole, albo przynajmniej wzruszy ramionami, to twoja aktywność jest raczej jakiegoś rodzaju procesem neurotycznym niż procesem twórczym. Mówiąc wprost, twoje pisanie, rysowanie, śpiewanie, czy zakładanie firmy, jeżeli ma zachwycić wszystkich, jest formą nerwicy.

Żebyś nie wiadomo jak się starał, zawsze znajdzie się ktoś, kto ci powie: „Ale kicha! Ale dno! Ale słabe! Ale żenada”. Jest tak szczególnie w dzisiejszych czasach. Gdy opublikujesz cokolwiek, zawsze znajdzie się ktoś, kto bezinteresownie podzieli się z tobą swoją krytyką. Zrobi to albo dlatego, że cię nie zrozumiał, bo jest średnio rozgarnięty; albo dlatego, że ci zazdrości i chce dopiec komuś, kogo odbiera jako konkurencję; albo dlatego, że ma po prostu inne doświadczenia i widzi świat z zupełnie innej perspektywy. Jego komentarz nie jest obiektywną oceną wartości tego, co zrobiłeś, jest po prostu jego reakcją.

Negatywne oceny są nie tylko nieuniknione. Mogą być pomocne. Zamiast ich unikać, możemy traktować je jako podpowiedź: „Jeżeli komuś takiemu to się nie podoba, to znaczy, że jestem na dobrej drodze!”.  „Jeżeli mi nie zależy na uznaniu takich ludzi, co mogę zrobić by byli jeszcze bardziej zniesmaczeni i oburzeni”?

Tworzyć oznacza robić rzeczy, które nie będą się podobać. Nie będą się podobać głupcom, bufonom, zazdrośnikom, hipokrytom, ludziom zakompleksionym i całej rzeszy tych, których opinię możesz sobie śmiało darować.

Poradzić sobie z takimi ocenami nie jest aż tak trudna. Wystarczy zadać sobie pytanie: Czy tak naprawdę zależy ci na reakcji tych ludzi? Czy tak naprawdę po to robisz, by ich zadowolić?

Wymiana składu jury?

Gdy uświadomiłem sobie skład mojej wewnętrznej komisji oceniającej, zacząłem zmieniać jej skład. Zamiast ludzi pracujących na uczelniach dałem do niej moich zwykłych znajomych, osoby, które lubię i osoby, które mogłyby skorzystać z moich tekstów. W którymś momencie zastosowałem się nawet do rad marketingowców i przygotowałem tablicę z „awatarami” moich czytelników: osoby z imieniem, nazwiskiem, zdjęciem, historią. Niektóre zmyślone (ale reprezentatywne), niektóre prawdziwe. Zacząłem pisać, myśląc o tych konkretnych osobach.

Postęp był spory. Znacznie lepiej tworzyć mając w głowie kogoś, na czyjej reakcji naprawdę ci zależy.

Być może to jest niezbędny etap przejściowy. Przez parę lat zmagałem się, tworząc pod dyktando świadomie wybranego jury. W końcu doszedłem do wniosku, że to również nie jest rozwiązanie.

Dotarło do mnie, że to za mało zaakceptować negatywne oceny tych, na których mi nie zależy. Aby pozwolić działać energii twórczej, trzeba pogodzić się także z negatywnymi ocenami, pochodzącymi od osób, na których mi zależy.

I to jest naprawdę trudna sztuka. Tworzyć znaczy także robić rzeczy, które nie będą się podobać ludziom, których cenisz, na których opinii ci zależy, których lubisz, czy szanujesz.

Naiwny, czy odważny (Henri Rousseau)?

Na mojej liście pięciu najbardziej ulubionych malarzy Henri Rousseau znalazłby się na pewno. Jego „Śpiącą Cygankę” postawiłbym wyżej niż jakikolwiek obraz Van Gogha czy Picassa (choć jak to w moim przypadku, wszystko zależy od sytuacji i ostatnich przeżyć).

Rousseau zaczął malować w wieku 40 lat, bo za bardzo się nudził w swoim punkcie poboru opłat za towary wwożone do Paryża (z racji tej pracy zyskał przydomek „Celnik”). Pod pięćdziesiątkę, gdy przeszedł na emeryturę, zaczął malować w pełnym wymiarze godzin. Rousseau nie był obrazoburcą, który odrzucał akademików, jak młody wtedy Picasso, czy za kilkanaście lat Georgia O’Keeffe. Zgłaszał swoje obrazy na Salony i chciał zaistnieć. Jednak jedyne miejsce, w którym jego prace były eksponowane to Salon Odrzuconych, a potem Salon Niezależnych. W tym drugim salonie jego dzieła zaczęły być dostrzegane. Oto próbka tego, jak krytycy go „dostrzegali”:

„Plecy przepychają się przed jego dziełami, a całe miejsce aż trzęsie ze śmiechu”.

„Monsieur Rousseau maluje stopami, mając zawiązane oczy”.

„Nigdy nie widziałem nic bardziej groteskowego”.

Dzieła Rousseau zostały uznane za partactwo i nieudolność. Kpiono z niego, wyśmiewano i robiono żarty. Tanią zabawę jego kosztem robili sobie nawet ci, którzy rozumieli wielkość jego dzieł. Na przykład taki Picasso, który z jednej strony podziwiał Rousseau, a z drugiej wykpiwał go (po latach przyznał, że podczas słynnego bankietu wydanego na jego cześć, raczej śmiano się z Rousseau niż z nim).

Jak radził sobie z tym Henri Rousseau? Ze spokojem. Prowadził nawet album, do którego wklejał wszystkie recenzje swoich prac. Guillaume Apollinaire napisał po jego śmierci:

Niewielu artystów było za życia tak wyśmiewanych, jak Celnik i niewielu ludzi przyjmowało kpiny i grubiaństwa, z takim spokojem.

Nawet dziś, gdy wiadomo, że bez Rousseau nie byłoby całego modernizmu i jego wpływy można znaleźć u całej rzeszy wielkich (choćby Picassa, Miro, Gaugina, Mattisa, Daliego…, lista jest długa), wiele osób wciąż wrzuca go do worka „sztuka naiwna”. Naiwny to taki szczery, z chęcią, ale głupi. Dlaczego głupi? Bo nie radzi sobie z zasadami perspektywy (w Śpiącej cygance stopy są wielkości ramion), czy nie potrafi poprawnie narysować kończyn (nienaturalne pozycje graczy w obrazie Gra w piłkę). Rousseau jest wielki – mówią wyznawcy «sztuki naiwnej» – pomimo błędów, niedociągnięć i braków technicznych. Naprawdę? A może tak zwane błędy i niedociągnięcia to właśnie jedno ze źródeł jego wielkości?

Kurator jednej ze współczesnych wystaw Rousseau mówi:

Styl Rousseau był czysty. Rousseau nigdy nie próbował robić tego, czego chcieli od niego inni ludzie.  Właściwie uważam, że Rousseau w rzeczywistości był bardzo sprytny. Miał świadomość, że wymyśla nowy sposób malowania.

Czym są rzekome błędy i niedociągnięcia? Jedynie złamaniem bezmyślnie przyjmowanych, bezpiecznych, akademickich zasad.

Czy Rousseau naprawdę nie był w stanie opanować tak prostej rzeczy, jak perspektywa i rysowanie kończyn? W muzeum w jego rodzinnej miejscowości Laval jest jeden z jego pierwszych obrazków, który jest co prawda nieciekawy, ale ma poprawnie zastosowaną perspektywę. Może i Rousseau był naiwny w kontaktach z ludźmi (choć można powiedzieć dobroduszny), ale jego sztuka nie była naiwna. Inne proporcje stóp, zmieniłyby Śpiącą Cygankę w banalny obrazek. A nienaturalne ułożenie kończyn w Grze w piłkę? Przecież ono doskonale pasuje do tych wąsów i kostiumów. Dzięki niemu cała scena nie jest jedną z wielu scenek rodzajowych w popołudniowym parku, ale jest sceną ze snu, sceną ze świata, w którym inaczej biegnie czas i inaczej poruszają się ludzie. To nie sztuka narysować grupę sylwetek „tak, jak się rysuje”. Sztuką jest narysować tak, jak się je widzi we śnie (szczególnie wtedy, gdy eksperci ci mówią: „Dyletant”).

Mówię ci to jako ekspert

Całe życie żyłem w cieniu ekspertów i ich rad: „Tak to się robi. Tak się to powinno robić. Naucz się najpierw zasad, a potem rysuj. Opanuj podstawy, a potem dopiero pisz. Słuchaj mnie, ja się na tym znam”.

Nie przeczę, eksperci bywają pomocni. Tyle że czasem zabijają w nas energię twórczą.

Gdy miałem coś w okolicy dwudziestki, zawzięcie pisałem wiersze. Na tyle mocno się tym przejmowałem, że skontaktowałem się z lokalnym guru – zawodowym poetą, który prowadził rubrykę poetycką w jednym z miesięczników. Zaniosłem mu teczkę z przepisanymi na maszynie wierszami. Wróciłem po tygodniu, by usłyszeć opinię.

– Nie, tak się nie pisze. To nie jest dobre. Na przykład ten kawałek z gołębiem, który drażni ulicę. Co to za temat? Nie, to nie jest wiersz. Pokażę ci, co to jest poezja. Posłuchaj, to mój nowy wiersz do poetów rumuńskich…

Przeczytał. Nie wiem, czy sam wiersz, czy moment (siedzieliśmy na tarasie jego domu pod miastem, na horyzoncie był las, zachodzące słońce prześwitywało przez szczelinę w chmurach), ale byłem pod wrażeniem.

Moje wiersze przy jego, okazały się śmieszne i głupie. Nie do końca mnie zjechał. Powynajdywał w miarę dobre fragmenty, dwa wiersze wydrukował. Oczywiście nie ten o gołębiu. Do dziś pamiętam, dlaczego go napisałem. Na jezdni leżał rozjechany przez samochód ptak. Obok strzępów piór leżało małe serce, musiało wyskoczyć na skutek gwałtownego uderzenia. Zobaczyłem w wyobraźni, jak gołąb, lecąc nad latarniami, zakochuje się w ulicy. Zlatuje i zaleca się do niej. Opowiada jej o sobie, ale ona milczy. Próbuje ją obudzić, drażni dziobem, próbując wyznać uczucia. Ulica-bestia w końcu się budzi, mlaska wielkim, czarnym jęzorem jezdni i  pozbawia gołębia serca.

Mój ekspert miał rację. Wiersze nie były dobre. Nie umiałem wyrazić tego, co widziałem i czułem. Przestałem pisać. W końcu to on był poetą i intelektualistą, a ja zaledwie pracownikiem, w zasadzie fizycznym, z wykształceniem zaledwie średnim.

Jakieś dwadzieścia lat później, po skończeniu studiów, przyjęciu do głowy kilkunastu wagonów książek (w tym, co najmniej pół wagonu poezji) znów trafiłem na mojego eksperta. Przeczytałem jakiś jego tekst i zobaczyłem go w zupełnie innym świetle. On też, tak jak ja wtedy zmagał się ze słowami. Też we wielu miejscach był nieudolny. Był po prostu człowiekiem.

Jak to się stało, że tak bardzo mu wtedy uwierzyłem?

Ludzie mają tendencję do tego, by przedstawiać swoje subiektywne opinie i przemyślenia, jako obiektywne prawdy. Biorą rzeczownik, przyklejają go sobie na czole i walą:

– Mówię ci to jako poeta…

– Mówię ci to jako grafik…

– Mówię ci to jako psycholog…

– Mówię co to jako historyk…

– Mówię ci to jako specjalista…

To, co mówią, może być cenne. Jest to jednak jedynie opinia, która wypływa z ich doświadczeń, z przeżyć, z sytuacji, z kontekstu. Jeżeli sprawa nie dotyczy danych czy faktów, które można dotknąć i obiektywnie sprawdzić, zawsze jest tylko jedną z opinii. Możesz ją wykorzystać, ale ta opinia nie jest ważniejsza od twojej opinii. To, że jest na niej zawieszony rzeczownik (doktor nauk, profesor, wykształcony artysta, poeta…) nie zmienia jej w obiektywną prawdę. To wciąż subiektywna opinia, opis jednego z odczuć.

Eksperci to jedynie ludzie. Co gorsza, niektórzy z nich to ludzie, którzy przyjmują w sposób bezkrytyczny reguły i boją się  ich potem złamać.

Gdy słyszysz opinię, nieważne czy pozytywną, czy negatywną, poza twoim dziełem miało na nią wpływ wiele innych czynników (sytuacja, kontekst, doświadczenia, przekonania, skojarzenia, stereotypy, sytuacja w domu, czy nawet pogoda).

To nie znaczy, że masz od razu odrzucać wszystkie opinie. Wiele z nich niesie sporo cennych informacji. Najważniejsze jest jednak to, by nie traktować ich w sposób absolutny – jako absolutnej prawdy, tylko dlatego, że pochodzą od ludzi, których szanujesz, lubisz, którzy wiele osiągnęli.

Gdy usłyszysz taką opinię, nie możesz zapominać o swojej opinii.

Jeszcze jeden mały przykład z wczoraj. Sprawa dotyczy kolorów tej strony. Gdy robię strony, zdarza mi się poświęcać na to sporo czasu. Jednak tutaj wybrałem barwy bez większego deliberowania, raczej na wyczucie. Nie zastanawiałem się nad tym, do momentu, gdy przeczytałem:

– Mówię ci to jako grafik, ten krzykliwy zielony nie pasuje i w ogóle dobór kolorów psuje odbiór.

Moja pierwsza reakcja:

– O kurczę, racja! To kiepskie zestawienie. Tak. Ta zieleń jest krzykliwa i prymitywna. Słabo to zrobiłem. No tak, jestem kiepski w grafice. Nigdy mi tak naprawdę nie wychodzą rzeczy plastyczne.

Potem jednak zacząłem się zastanawiać. Każda ocena jest tylko opinią. Każda ocena wynika z subiektywnych doświadczeń. Eksperci to ludzie.

Nie chodzi o to, by odrzucać oceny ekspertów. Czasem warto się do nich zastosować. Zanim to jednak zrobisz, po posłuchaniu eksperta posłuchaj siebie:

– On tak uważa, a co ja o tym myślę? Jaka jest moja własna opinia? Jakie jest moje odczucie?

Dlaczego akurat takie kolory? Dotarło do mnie, że energia kojarzy mi się z zielenią. Pewnie dlatego, że taki jest kolor diody, gdy naładuje się bateria. Poza tym jaskrawa zieleń to kolor przebijających się przez zmarzniętą ziemię kiełków. Tworzenie z kolej jest dla mnie różowe. Może dlatego, że to kolor kwitnących na wiosnę kwiatów, które pojawiają się znikąd na bezlistnych gałęziach. Może dlatego, że w moim odczuciu to kolor najbardziej intymny, a tworzenie jest czymś intymnym, jest pokazywaniem czegoś, czego czasem się wstydzimy.

I mimo że wierzę, że zielony jest zbyt krzykliwy, a rada opiera się na większym niż moje doświadczeniu i wiedzy, postanowiłem niczego nie zmieniać (przynajmniej na razie). 

Całkiem pozbyć się komisji

Gdy próbujemy wyzwolić się z ocen, łatwo jest wpaść w pułapkę przeciwstawiania oceny ocenie: „Nie będę cię słuchać, bo co ty się znasz? Ty sobie sam nie radzisz! Twoje dzieła są do niczego, zatem, jak mnie możesz oceniać?

To nie jest rozwiązanie.

Rozwiązanie nie polega na tym, by wstawić do komisji takich, albo innych ludzi. Nie chodzi nawet o to, by wstawić do takie komisji siebie, jako największy autorytet.

Rozwiązanie polega na tym, by całkowicie pozbyć się jakiejkolwiek komisji.

Ludzie, którzy mają większą tendencję do oceniania innych, mają także większą tendencję do oceniania siebie samych. I na odwrót: gdy jesteśmy surowymi krytykami samych siebie, jesteśmy także i surowymi krytykami dla innych. Istnieje coś w rodzaju ogólnej postawy ewaluatywnej – postawy, w której życie kręci się wokół ocen i porównań. Wszystko jest gorsze albo lepsze; spełniające normy, albo nie; zadawalające albo niezadawalające. Ludzie, którzy wszędzie wokół widzą dyletantów, głupków, prymitywów, czy parweniuszy, najbardziej boją się tego, by oni sami nie dostali takiej oceny. Hejterzy, w pierwszym rzędzie hejtują siebie samych.

Z kolei osoby, które rozumieją, że nadmierne i pochopne wystawianie ocen jest błędem (bo nie bierze pod uwagę kontekstu, warunków, sytuacji), rzadziej uruchamiają swojego wewnętrznego krytyka i mniej boją się opinii innych.

Natężenie takiej ewaluatywnej postawy zmienia się  w każdym z nas. Czasem jesteśmy bardziej rozumiejący a czasem bardziej oceniający. To natężenie może zmieniać się w zależności od obszarów życia. Jeżeli chcesz tworzyć z energią, potrzebujesz nauczyć się, przynajmniej w odniesieniu do tworzenia, przełączać się z postawy oceniającej na rozumiejącą i doświadczającą.

Gdy tworzysz bądź wrażliwy na pracę swojego jury. Znasz to specyficzne napięcie? Ten stres, że to nie jest dość…? Nie od razu łatwo się z tego wyzwolić. Na początek wystarczy nauczyć się dostrzegać i patrzeć z dystansem. Odpuścić sobie potrzebę zadowalania jury. Właśnie w tym momencie czuję pracę mojego jury. Mówi mi, że ten tekst jest za długi, przegadany, że wymaga uzupełnień. Zaraz, zaraz szanowne jury, albo jest za długi, albo wymaga uzupełnień.  To co, mam skreślać, czy dopisywać. Wiecie co, dajcie spokój. Pisząc, dobrze się bawiłem. Rozumiem waszą troskę, ale zostawmy oceny na boku. 

Czasem warto poćwiczyć na efektach twórczości innych. Chcesz pisać bez blokad? Spróbuj przeczytać, bez uprzedzeń to, na czym do tej pory wieszałeś psy i co uważałeś za nieudolne. Chcesz swobodniej malować? Spróbuj bez uprzedzeń patrzeć na to, co do tej pory uważałeś za słabe. Nie musi cię zachwycać, po prostu spróbuj patrzeć bez jury w oczach. Łatwiej ci będzie potem pozbyć się ocen w trakcie twojego własnego tworzenia.

Jak reagujesz na pochwały?

Doskonałym momentem na ćwiczenie w pozbywaniu się postawy oceniającej, jest ta chwila, gdy ktoś cię chwali.

Pochwały dodają energii. Sprawiają, że czujemy się wielcy. Nie ma nic złego w cieszeniu się nimi. Nie warto się jednak od nich uzależniać. Gdy traktujemy je w sposób zbyt zasadniczy (jako wyznacznik wartości mnie samego) zaczynają nas usztywniać. Zaczynamy się bać, że następnym razem nie uda nam się osiągnąć takiej reakcji i okaże się, że jesteśmy jednak mało warci.

Dobrze ujęła to amerykańska poetka Maya Angelou. Tak rozmowę z nią relacjonują autorzy książki „Jak osiągnąć trwały sukces” (Jerry Porras, Stewart Emery i Mark Thompson):

Kiedy ludzie mówią jej, że uwielbiają jej twórczość, odpowiada zwyczajnie, po prostu: „Dziękuję”. Tak samo, kiedy „oskarża się mnie o kłamstwo i nazywa pismakiem – a wielokrotnie byłam tak nazwana – też mówię: Dziękuję”. Jeżeli będzie łasa na pochwały i zachwyty, zacznie koncentrować swoją uwagę na opiniach z zewnątrz i uzależniać się od nich. Jedno i drugie nie pozwala jej skupiać się na twórczości. „Jak mówi afrykańskie przysłowie, czego nie podniesiesz, nie będziesz musieć odkładać. Przecież jeśli przyjmę jedno (komplement), będę musiała wziąć i drugie (uszczypliwość). A ja mam tyle rzeczy do zrobienia”.

Maya Angelou

Maya Angelou podsumowuje: „Nagroda za dokonanie czegoś mieści się w samym dokonaniu”.

Nie chodzi o to, by dostać dobrą ocenę, chodzi o to, by tworząc dobrze się bawić. Twórz tak, jak gdyby oceny nie miały żadnego znaczenia, a wtedy zmieni się ono w zabawę i przyjemność.

4 komentarze

  1. Bardzo przepraszam za opóźnienie w tym tygodniu. Skosiła mnie niestety, od dawna nie widziana migrena. Cieszę się, że dziś się udało. Udanego weekendu majowego 🙂

  2. I jeszcze jedno. Wyszło dużo tekstu. Ale weekend majowy, może ktoś będzie miał tyle czasu 😉 To znaczy tylko, że ja sam mam z tym tematem wiele do zrobienia.

    Mam też nadzieję, że nikt się nie obrazi w sprawie kolorów 🙂

    Niedługo nowe rzeczy: mam nadziję, że uda mi się was zaprosić do bliższego kontaktu. Na razie muszę zrobić przerwę, żeby trochę odpocząć.

    Pozdrawiam wszytkim ciepło 🙂

  3. Ale mi sie oberwalo, nie spodziewalam sie.
    Przyznaje, „mowie Ci to jako grafik” brzmi strasznie slabo, cofam to.
    Nie uwazam sie za eksperta od kolorow, po prostu takie bylo moje pierwsze odczucie, ale da sie do tego przyzwyczaic

  4. Dziękuję Moiko. Twoja uwaga była dla mnie bardzo cenna, bo wyciągnęła na światło dzienne to, w jaki sposób reaguję na oceny. Myślę, że to ważne, żeby przynajmniej co jakiś czas, ktoś do nas powiedział „wiesz co, ale to nie jest dobre, to mi się nie podoba” i nieważne w jakiej formie to zrobi. To, co naprawdę ważne to sposób w jaki reagujemy, Czy stać nas na konstruktywne podejście – nie odrzucanie uwag, nie załamywanie się nimi, ale rozważenie, czy dyskucja. I twoja uwaga była doskonałą okazją. Przymniał mi się mój ulubiony poemat Walt Whitmna „Song of the open road”: Going where I list, my own master total and absolute / Listening to other, considering well what they say – to mogłoby być motto tego tekstu.
    A tak przy okazji, rozważam jednak korektę odcieni 🙂

Zostaw komentarz