Jak tworzyć regularnie? (sztuka powtarzania)

Jeżeli coś ma wynikać z twojego tworzenia, potrzebujesz regularności. To żadna nowość. Zabierając się za cokolwiek, mamy zazwyczaj świadomość, że nie wystarczy raz na jakiś czas czemuś się oddać, choćby z największą energią.

Zazwyczaj obiecujemy sobie powtarzalność: będę pisać, rysować, nagrywać, śpiewać, ćwiczyć, uczyć się itd. Wiem przecież, że raz nie wystarczy.

I co? Jak jest dobrze, na początku się udaje. A potem nagle okazuje się, że minęło kilka miesięcy albo nawet lat, a ty – mimo tych wszystkich obietnic i zaklęć, masz na koncie tylko kilka zrywów i jesteś w tym samym miejscu (albo nawet gorszym, bo z poczuciem winy).

Jak sobie z tym poradzić? Jak sprawić, by po paru latach nie okazało się, że to, na czym mi tak zależało, zmieniło się w kolejne „od wielkiego dzwonu?”. W dalszej części znajdziesz cztery rady.

Rada 1: Zaczynaj z inspiracją, a tym bardziej bez niej

Po pierwsze przestań czekać na ten wielki dzwon. Gdy mowa o tworzeniu, szczególnie rzeczy związanych ze sztuką albo innowacjami, wielu osobom uruchamia się wizja natchnienia czy inspiracji.

Jeżeli chcę coś dobrego napisać, muszę w sobie to poczuć; jeżeli chcę coś dobrego narysować, muszę poczuć wenę; jeżeli chcę coś stworzyć, muszę wpaść na jakiś porywający pomysł.

Jeżeli ogarnie cię natchnienie, czy inspiracja działaj, nie trać okazji, by coś zrobić. Jednak problem z inspiracją jest taki, że rzadko kiedy pojawia się sama z siebie. Ci, którzy tworzą tylko wtedy, gdy czują do tego natchnienie, zazwyczaj robią to niezmiernie rzadko. Na tyle rzadko, że nie mają okazji rzetelnie rozwinąć techniki i wychodzą im rzeczy kiepskie, pełne pretensjonalnych porywów.

Z kolei osoby, które tworzą dobre rzeczy i są w tym płodne, zazwyczaj nie czekają na powiew wiatru ze szczytu Olimpu. Taką osobą był np. John Updike. Mówił:

Nigdy nie wierzyłem, że powinno się czekać na inspirację, bo uważam, że przyjemność niepisania jest tak duża, że jeśli zaczniesz sobie folgować, nigdy już nic nie napiszesz. Staram się więc pracować regularnie, tak jak dentysta, który wierci w zębach codziennie z wyjątkiem niedziel. Nie pracuję w niedziele i czasem oczywiście też biorę urlop.

John Updike

Czy to znaczy, że Updike był jedynie nudnym dentystą, piszącym ze stomatologicznym znudzeniem, niewierzącym w inspirację? Nie sądzę. Updike doświadczał inspiracji i myślę, że w nią wierzył, podobnie jak Picasso, który twierdził: „Inspiracja istnieje, musi cię jednak zastać przy pracy”.

Inspiracja nie pojawia się najczęściej jak deus ex machina, wprost z sufitu, dlatego, że jakiś bóg się ulitował i zesłał ją, by ulżyć ci w twoich twórczych mękach. Inspiracja, natchnienie, wena, czy energia twórcza pojawia się najczęściej po tym, gdy zabierzesz się za działanie. Doznają jej nie ci bierni wyczekujący, ale ci, którzy nie oglądając się na nią, zakasują rękawy i zaczynają działać, tak jakby wcale im na niej nie zależało.

Zanim poczujesz wenę, inspirację, przyjemność czy ochotę do działania, musisz ruszyć z miejsca i coś z siebie dać. To często wymaga przełamywania — swoich oporów, niechęci, blokad. Nie przez cały czas, nie od początku do końca, ale przynajmniej na samym początku.

Jeżeli czujesz, że ci się nie chce, że nie masz pomysłu, że dziś nie czujesz mięty do tworzenia, to nie znaczy, że masz dziś zrezygnować i przełożyć wszystko na inny dzień. Istnieje spora szansa, że to, czego ci brakuje, pojawi się, gdy się rozkręcisz. Jeżeli chcesz to wszystko poczuć, zabierz się do działania. Zakasz rękawy, skup uwagę na tym, co masz do zrobienia, nie szukaj dróg na skróty, nie oglądaj się na niewygodę. Im intensywniej w to wejdziesz, tym szybciej pojawią się pomysły, emocje, natchnienia. A jeżeli się nie pojawią? Przynajmniej wzrosną twoje umiejętności. Przynajmniej zbudujesz nawyk regularnego zabierania się do pracy, który prędzej, czy później coś z sobą przyniesie.

Zabranie się za coś, na co nie mamy ochoty, nie jest oczywiście łatwe i nie zawsze nam wychodzi. Aby sobie to ułatwić i podnieść szansę na to, że nam się to uda, warto zbudować rutyny. Rutyny sprawią, że będziesz zabierać się za tworzenie nie dlatego, że ci się chce, także nie dlatego, że się zmusiłeś i przemogłeś — ale dlatego, że przyzwyczaiłeś się do tworzenia. Że w jakiś sposób uczyniłeś to swoją drugą naturą. Jak się do tego zabrać dotyczy następna rada.

Rada 2: Określ, w jakich okolicznościach będziesz to robić („W tak pięknych okolicznościach przyrody i tego… powtarzalnych”)

Kiedy, gdzie, po zrobieniu czego? To nie muszą być piękne okoliczności przyrody (jak w „Rejsie”), określ jednak moment, w którym się zabierzesz za tworzenie.

„Okoliczności” to miejsce, sytuacja, pora, uprzednie działania, kontekst. Jeżeli za każdym razem zabierasz się za tworzenie w innych okolicznościach (o innej porze, w innym miejscu, w innym momencie rozkładu dnia), trudno ci będzie zbudować rutynę.

Rutyna opiera się na nawykach. Nawyk z kolei, sprowadzając wszystko do najbardziej podstawowego elementu, to ścieżka neuronów pomiędzy obszarami w mózgu. Przykładem jest nawyk ściągania butów po wejściu do domu. Wchodzisz do domu i myśląc o czymś innym, zdejmujesz buty. Nie podejmujesz decyzji, nie zastanawiasz się, czy masz dziś to zrobić, czy może jednak nie masz ochoty. Gdy mózg odkrywa, że znalazł się w sytuacji „wejście do domu”, automatycznie pobudza ośrodek, w którym zapisany jest program „zzuwanie butów”.

Im mocniejsza sieć neuronów pomiędzy sytuacją a działaniem, tym mocniejszy nawyk. Nawyk jest automatyzmem, jednak nawet mocny nawyk nie tworzy przymusu. To nie jest odruch bezwarunkowy w rodzaju: dmuchnięcie w powiekę – zamknięcie oka albo widok cytryny – ślina w ustach. Gdy np. w domu jest remont, nie muszę po wejściu ściągać butów, tylko dlatego, że mam taki nawyk. Świadoma decyzja bez problemu pokonuje nawyk.

Nawyk nie jest przymusem, a jedynie tendencją. To wydaje się niewiele, ale właśnie ten marny element psychiki, decyduje o naszym przeznaczeniu. W 90% przypadków robimy to, do czego mamy tendencje. Mam tendencję do pisania długich tekstów? 90% moich tekstów to dłużyzny. Mam tendencję do jedzenia wielkich kolacji? 90% moich kolacji to wielkie posiłki. Mam tendencję do słuchania muzyki podczas pracy? Przez 90% czasu czegoś słucham. Mam tendencję do wycofywania się? Mam tendencję do zrzędzenia? Od naszych tendencji zależy to, co robimy każdego dnia, a od tego, co robimy każdego dnia, zależy nasza przyszłość.

Całe szczęście możemy decydować o naszych tendencjach. Wiele z nich tworzy się mimowolnie, ale to nie znaczy, że nie da się przy nich manipulować: tworzyć, zmieniać, osłabiać, wzmacniać.

Jak to się robi? Tak jak wydeptuje się ścieżki. Gdy jedna osoba przejdzie przez trawnik, zostanie jedynie kilka zgniecionych źdźbeł, które i tak do następnego dnia się podniosą. Jednak im więcej osób przejdzie tą samą trasą, tym wyraźniejsza stanie się ścieżka. Po kilku tygodniach będzie to niemal autostrada i gdy ktoś zechce ją zablokować (bo np. ludzie mu chodzą pod oknami), będzie się musiał sporo natrudzić (stawiać zasieki, sadzić krzaki, czekać aż trawa odrośnie).

By zbudować nawyk trzeba być takim upartym przechodniem, który pokonuje trawnik tą samą trasą na przełaj. Jeżeli za każdym razem będziesz pokonywał trawnik inną trasą, nie wydepczesz ścieżki. Gdy za każdym razem zabierasz się za tworzenie w innej sytuacji, marnujesz okazję by zbudować nawyk.

Spróbuj, szczególnie na początku, znaleźć powtarzalne okoliczności (sytuację, moment, miejsce), w których możesz za każdym razem realizować swój projekt (pisać, malować, śpiewać, pracować nad firmą, czy tworzyć cokolwiek innego).

Im bardziej powtarzalne okoliczności, tym szybciej i łatwiej zbudować nawyk. Gdy jakieś działanie wykonywane jest zawsze w tej samej sytuacji, po jakimś czasie staje się automatyzmem, który sam domaga się wykonania i do którego nie musimy się mobilizować.

William James (profesor psychologii z początku XX wieku) radził:

Nigdy nie pozwalaj sobie na wyjątki, póki nowy nawyk nie zakorzeni się na dobre w twoim życiu. Każde odstępstwo jest jak upuszczenie kłębka starannie zwijanych nici; jedno wyślizgnięcie się kłębka niweczy więcej, niż daje wiele ruchów ponownego zwijania.

William James

Przyjrzy się rozkładowi swojego dnia i poszukaj najlepszego momentu na twój projekt: Kiedy masz najwięcej energii? Kiedy nikt nie będzie ci przeszkadzał? Kiedy jest najmniej niespodziewanych zakłóceń? Jeżeli zupełnie nie wiesz, pod jaką sytuację „podpiąć” swój nawyk, wypróbuj (zanim się z sobą umówisz na budowanie rutyny) kilka różnych sytuacji.

Nie ma co się oszukiwać, że przecież „jakąś chwilę zawsze się znajdzie”. Takie podejście to recepta na porażkę. Znajdź ją teraz. Czasem trzeba być bezkompromisowym. Mój projekt codziennego tworzenia startował kilka razy. Jednak tak długo, jak nie umieściłem go na samym początku dnia, kulał. Póki mówiłem sobie: „W trakcie dnia uda mi się znaleźć chwilę” – projekt spadał prawie bez wyjątku na sam koniec dnia. Wieczór miał swoje zalety: po spacerze fajnie mi się myśli, mam za sobą załatwione wszystkie sprawy, nie muszę się nigdzie śpieszyć itp. Problem jednak w tym, że często mam inne zajęcia, po których brakuje mi już siły, by zabrać się za projekt twórczy (np. odrabiam matematykę z córką, co jest wspaniałym, ukochanym przeze mnie zajęciem, choć męczącym). Dopiero wtedy, gdy odważyłem się ustawić projekt, jako pierwszy punkt dnia, zacząłem łapać rytm.

Rada 3: Błyskawicznie wychodź z bloków startowych („Pisałem jedno prawdziwe zdanie i od niego ruszałem dalej. Wtedy już szło łatwo”

Załóżmy, że określiłem sytuację, w której chcę zabierać się każdego dnia za swój projekt. Niech to będzie chwila po powrocie do domu ze spaceru. „Zawsze, gdy wracam z popołudniowego spaceru, od razu robię kawę, siadam za komputerem i zabieram się za pisanie książki” — tak brzmi moje postanowienie. Są powtarzalne okoliczności, jest szansa, że zbuduję nawyk. Dziś wróciłem ze spaceru, zrobiłem kawę, usiadłem za komputerem i… spędziłem pół godziny na oglądanie filmików z kotkami.

Dlaczego? Bo „pisanie książki” to rzecz, która mnie przytłacza swoim ogromem. Zabrać się za pisanie książki, to jak wskoczyć do lodowatej wody bez przygotowania i bez umiejętności pływackich. Czy to dziwne, że chwytam się każdej sposobności, by odwlec ten moment samobójstwa?

Oprócz tego czasu, gdy dopiero z czymś startujemy i wciąż mamy w sobie entuzjazm neofity, często napotykamy opór. Jego efektem jest ociąganie się, unikanie pełnego zaangażowania, prokrastynacja. Pojewianie się oporu sprawia, że albo załamują się nasze postanowienia i cały nawyk rozsypuje się jak kłębek włóczki na stromych schodach, albo – jeżeli mimo wszystko udaje nam się zmusić do działania – budujemy zwyczaj rozkręcania się przez połowę dnia.

Rozwiązaniem jest koncepcja wyjścia z bloków startowych. Co to jest wychodzenie z bloków startowych? Wyobraź sobie, że jesteś na stadionie, na którym trwają zawody sprinterskie. Zająłeś miejsce na trybunach? Nie, nie, nie, ty jesteś zawodnikiem, który biega na sześćdziesiątkę. Jesteś już na torze. Słyszysz wystrzał pistoletu, twoje ciało wybija się z bloków i siłą bezwładności lecisz do przodu. By nie upaść na twarz, zaczynasz przebierać nogami. Biegniesz. Nie można być sprinterem bez umiejętności wychodzenia z bloków. Start na stojąco (jak to robiono jeszcze w latach dwudziestych) na krótkich dystansach byłby całkowitą porażką. Z tego powodu sprinterzy poświęcają wiele ćwiczeń tylko temu elementowi.

W przypadku nawyków, wyjście z bloków startowych to pierwszy krok, jaki robimy, zabierając się za działanie. Ten pierwszy krok powinien spełniać dwa warunki: być prosty do wykonania oraz prowadzić do działania, na którym ci zależy. Tak samo jak sprinterowi, który wybił się z bloków, łatwiej jest przebiec kawałek niż nagle się zatrzymać, powinno to być to zachowanie, po którym łatwiej jest kontynuować niż się wycofać.

Załóżmy, że twoim celem jest codzienne poranne ćwiczenie. Takim blokiem startowym może być ubranie szortów, wyciągnięcie maty i zrobienie kilku wymachów ramionami. Gdy już to zrobisz łatwiej ci ćwiczyć dalej (choćby przez kilka minut), niż wrócić do łóżka. Jeżeli twoim celem byłoby bieganie, wyjście z bloków mogłoby polegać na znalezieniu się w butach do biegania za drzwi. Łatwiej w takiej sytuacji jest przebiec choćby kawałeczek, niż wrócić do domu.

Twyla Tharp, słynna nowojorska tancerka i choreografka pisze w swojej książce The Creative Habit:

Każdy dzień swojego życia zaczynam od rytuału: budzę się o 5:30 rano, ubieram strój do ćwiczeń, getry, bluzę i czapkę. Wychodzę z mojego domu na Manhattanie, przywołuję taksówkę i mówię kierowcy, żeby zabrał mnie do siłowni „Pumping Iron” na 91 ulicy, gdzie ćwiczę przez dwie godziny. Rytuałem nie jest rozciąganie się ani ćwiczenia siłowe, przez które przechodzi moje ciało każdego ranka; rytuałem jest taksówka. W chwili, w której mówię kierowcy, gdzie jechać, mój rytuał został wykonany.

Twyla Tharp

Pistoletem startowym jest tutaj obudzenie się o 5:30 rano. Blokiem startowym (nazywanym przez nią rytuałem) jest ubranie się, zamówienie taksówki i podanie kierowcy adresu.

Największa trudność podczas budowania rutyn twórczych polega na tym, że skupiamy się na tym, na czym nam zależy: chcemy napisać opowiadanie, namalować dobry obraz, nagrać dobrą piosenkę, stworzyć dobrą ofertę, nauczyć się doskonale języka obcego, zbudować innowacyjną firmę itp.

To zazwyczaj paraliżuje i przytłacza. Zamiast myśleć o tym, co masz do zrobienia, skup się na samym wyjściu z bloków. Ile razy złapiesz się na myśli: „Muszę zabrać się za tworzenie / Muszę to napisać / Muszę to nagrać / Muszę zabrać się za malowanie / Muszę ćwiczyć”, przekieruj uwagę na pierwszy krok. Przede wszystkim niczego nie musisz, ale chcesz. Po drugie nie chodzi o to, by napisać, stworzyć, opracować, ćwiczyć itp. ale o to, by wyjść z bloków, by zrobić pierwszy krok.

Ernest Hemingway wspominał, jak pisał na początku swojej kariery, gdy mieszkał w Paryżu. Czasem zdarzało mu się mieć problemy z zabieraniem się za pracę. Tak opisuje to, co wtedy robił:

Wstawałem, wyglądałem na dachy Paryża i myślałem: Trzeba ci tylko napisać jedno prawdziwe zdanie. Pisałem i od niego ruszałem dalej. Wtedy szło już łatwo.

Ernest Hemingway

Jednym wystarcza napisanie jednego zdania, innym napisanie stu słów, albo pisanie czegokolwiek przez 5 minut; jeszcze innym wyciągnięcie szkicownika i ołówków, albo przygotowanie mikrofonu. Chodzi o to, by znaleźć w tym, co robimy proste rzeczy, po których „idzie już łatwo”.

Co może być wyjściem z bloków w przypadku twojego projektu? Znajdź to i zanim zaczniesz, skupiaj się tylko na tym.

Nie myśl o tym, czego dokonasz. Myśl jedynie o tym, by jak najszybciej opuścić bloki startowe. Wyjście z bloków jest obowiązkiem, dalszy bieg możliwością.

Planując nawyk, nie planuj tego, jak wiele zrobisz, jakie postępy odniesiesz, jaki entuzjazm będziesz czuć, czy też jak szybko uporasz się z pracą. Planuj jedynie wyjście z bloków. Także potem nie rozliczaj się z czego innego, jak tylko z tego, że niezwłocznie wyszedłeś z bloków startowych. Daj sobie pozwolenie, by być zadowolonym z tego, że wystartowałeś na dźwięk pistoletu sygnalizacyjnego, choćbyś nawet chwilę potem przestał biec.

Badania psychologiczne pokazują, że cenne jest zapisanie swoich planowanych nawyków. Można to zrobić za pomocą prostej formuły:

ZAWSZE, GDY… (opis sytuacji)

OD RAZU… (bloki startowe)

PO CZYM MOGĘ… (działanie)

Na przykład:

Zawsze, gdy wracam z wieczornego spaceru, od razu siadam za klawiaturą i zapisuję 100 słów, po czym mogę pisać w skupieniu kolejne zdania lub przerwać.

Rada 4: Znajduj nagrody za każdym razem („Ruchome święta obchodzić z przekonaniem”)

Jeżeli chcesz, żeby pies nauczył się wykonywać jakąś sztuczkę, za każdym razem, gdy ją zrobi, musisz go nagrodzić, dając mu np. jakiś smakołyk. Dzięki temu, gdy następnym razem pies usłyszy twój sygnał, pojawi się w nim oczekiwanie smakołyku i zrobi to, czego od niego chcesz. W podobny sposób można wytresować niemal każde zachowanie, nie tylko u psów. Znany psycholog behawioralny B.F. Skinner w trakcie drugiej wojny światowej uczył gołębie pilotowania samolotów, którym miały być przeprowadzane samobójcze ataki na japońskie okręty (z powodzeniem, ale w międzyczasie inny zespół naukowców opracował bombę atomową i stwierdzono, że to jednak bardziej skuteczna broń niż gołębie).

Podobnie jest z nami. Powtarzamy zachowania, które wiążą się z jakiegoś rodzaju nagrodą. Gdy nie ma żadnych pozytywnych konsekwencji albo są one negatywne, nawyk ulega wygaszaniu — to znaczy, stopniowo znika.

A co z takimi nawykami jak np. obgryzanie paznokci, objadanie się, czy palenie? Przecież to tylko negatywy! Nie do końca. Nagrodą jest to, co czujemy bezpośrednio po działaniu, albo w jego trakcie. Objadanie się, obgryzanie paznokci, czy palenie, daje poczucie ulgi i rozluźnienia, niweluje napięcie. A to, że oprócz tych bezpośrednich nagród są jeszcze odroczone, negatywne efekty, jest pewną uciążliwością, która nie wpływa na trwałość nawyku.

Kluczową rzeczą dla zbudowania i utrzymania nawyku jest bezpośrednie wzmocnienie. Wyobraź sobie, że rozsmakowanemu w nikotynie palaczowi, nagle przestają smakować papierosy. Bierze je do ust i czuje w nich smak palonej opony, padliny i mokrej brudnej ścierki wciśniętej w kąt przed tygodniem. Dodatkowo zamiast typowego rozluźnienia, pobudzenia i skupienia wywołanego nikotyną, pojawia się w nim spięcie, rozkojarzenie i osłabienie. Czy taka osoba wciąż będzie palić? Oczywiście, że jej nawyk dość szybko uległby rozmontowaniu.

Jeżeli chcesz zbudować trwały rytuał twórczy, oprócz określenia sytuacji i szybkiego wychodzenia z bloków startowych, warto zadbać także o bezpośrednie, bliskie nagrody.

Nie chodzi o wiedzę, ale o doznania. Owszem, wiesz o tym, że rezultaty regularnego tworzenia to wiele korzyści, ale są to rzeczy oddalone w czasie (podobnie jak szczupła sylwetka, dla osoby, która się objada, czy zdrowe płuca dla palacza). By szybko zbudować nawyk, potrzebujemy bezpośrednich, natychmiastowych doznań, tak jak pies potrzebuje ciasteczka, albo pogłaskania tuż po wykonaniu sztuczki (obietnica nagrody w konkursie nie wystarczy).

Nie chodzi o rzeczy w rodzaju: zjem batonik za każdym razem, gdy usiądę i napiszę sto słów; albo: gdy uda mi się po powrocie do domu coś naszkicować, pozwolę sobie na oglądanie serialu przez cały wieczór. Są dwa rodzaje nagród: wewnętrzne i zewnętrzne. Batonik nijak się ma do pisania, a serial do rysowania. To nagrody zewnętrzne, które zupełnie nie nadają się do budowania nawyków twórczych. Do tego celu potrzebujemy  nagród wewnętrznych. Takich, które bezpośrednio wiążą się z samym tworzeniem. Taką nagrodą jest poczucie przyjemności wypływające z robienia czegoś (tworzenie powinno być, jak smakowite zaciągniecie się papierosem) oraz poczucie dumy, czy zadowolenia z tego, że się czymś zajmuję.

Te rzeczy masz już w sobie. Gdyby tworzenie nie dawało ci żadnej przyjemności, w ogóle byś o nim nie myślał. Dumę z bycia osobą konsekwentną, która coś robi, czuje każdy. Nie chodzi zatem o to, by coś sobie dodawać, czy coś wywoływać. Chodzi tylko o to, by sobie to uświadomić: by obchodzić za każdym razem ruchome święto, które wypada zawsze, gdy w określonej sytuacji, wyjdziesz z bloków startowych i pobiegniesz choćby kilka kroków do przodu.

Tak jak palacz z rozkoszą się zaciąga, umacniając swój nawyk, tak ty zaciągnij się pracą nad swoim projektem (pisaniem, rysowaniem, programowaniem itp.). Czujesz, jakie to przyjemne?

Nawet jeżeli twoje tworzenie okazuje się mordęgą (zawsze są takie dni, a czasem jest ich sporo), drugą częścią wewnętrznej nagrody jest duma z siebie. Zrobiłeś to, jesteś konsekwentny, dołożyłeś jeden kamyczek. Pora na fiestę! W jaki sposób możesz siebie docenić??

Przyznaj sobie gwiazdkę, postaw krzyżyk w kalendarzu, dodaj jeden dzień w łańcuchu, pochwal się przed innymi. Prosta kartka z kalendarzem, na której możesz za każdym razem, gdy wykonasz wyjście z bloków coś zaznaczyć, ma w sobie wielką siłę. Po pierwsze podkreśla poczucie własnej skuteczności, po drugie wzbudza w nas potrzebę konsekwencji. Gdy ciąg liczy już kilka, kilkanaście dni, sam żal by nie stracić tak długiego łańcucha popycha nas do przodu.

Warto w takim kalendarzu zaznaczać minimum: napisałem 100 słów, rysowałem przez 5 minut, zagrałem jedną piosenkę, zrobiłem jedno zadanie, napisałem jedną linijkę kodu. Zrobienie minimum to małe, normalne ruchome święto. Ale nie ma powodów, by nie wprowadzić hiper, ekstra świąt. Na przykład krzyżyki, które liczą się do łańcucha to 100 słów, ale 500 słów to gwiazdka (wielkie ruchome święto).

Tego rodzaju docenianie swojej konsekwencji jest cenne. Wciąż jednak kluczowe jest to, co czujemy podczas tworzenia. Najcenniejszą nagrodą jest skupienie, koncentracja, bycie w strefie, czy flow. Dla dobrego sprintera, to sam bieg jest największą nagrodą za wyjście z bloków. By jednak tak się stało, trzeba dać z siebie wszystko, trzeba w pełni skupić się na tym, co robisz. I tym zajmiemy się w przyszłym tygodniu.

Zostaw komentarz