Jak podnieść intensywność uwagi?

Zachęcałem cię (i siebie samego) do tego, by odblokować w sobie zdolność do zabawy. Męka twórcza to bzdura, o której lubią opowiadać niektórzy artyści, chcący zrobić wrażenie na innych albo sobie samych. Jeżeli tworzeniu towarzyszy męka, to nie bierze się ona z samego tworzenia, ale raczej z problemów psychicznych. Tworzący artysta nie umiera w mękach dlatego, że tworzenie to zawsze droga pod górkę, której nie da się pokonać bez sępów wyrywających wątrobę. Umiera dlatego, że oprócz tworzenia ma jakąś formę nerwicy, depresji albo po prostu coś mu się poprzestawiało (np. woda sodowa uderzyła mu do głowy i zaczął oczekiwać od siebie cudów). Tworzenie samo w sobie nie wywołuje mąk, odwrotnie, często daje radość i wytchnienie, które pomagają znieść innego rodzaju męki (np. lęk przed przemijaniem i śmiercią).

Jeżeli coś tworzysz i wciąż cierpisz, to prawdopodobnie robisz coś nie tak. Zainwestuj w zabawę, spontaniczność, lekkość. Puść zahamowania, które nabyłeś po drodze. Odblokuj to, co straciłeś od czasów dzieciństwa. Odlep się od rezultatów tego, co tworzysz. Przestań robić sztukę przez duże „sz”, nie podawaj się fantazjom na temat bycia lepszym, na temat własnego geniuszu i nagród, jakie ci się należą. Poszukaj radości w samym zajmowaniu się czymś. Tworzenie bez elementu spontanicznej zabawy kuleje.

Tutaj jednak może się pojawić pewne niebezpieczeństwo. Można źle zrozumieć to, czym jest ten element zabawy.

Zabawa nie jest beztroskim, luzackim „dłubaniem sobie”. To nie jest, jak się dziś mówi (przepraszam za wyrażenie, ale ostatnio trafiłem na książkę, z tym słowem w tytule) „Mieć na wszystko wyjebane”. Siadasz na przykład za klawiaturą i postanawiasz napisać jakiś tekst. Ale nie przejmujesz się za bardzo tym, co robisz. Nie jesteś jednym z tych, którzy za bardzo się stresują życiem. Po prostu „tak sobie tylko dłubiesz”.

Jednym uchem słucham muzyki, popijam soczek, w międzyczasie sprawdzam wiadomości. Luzik. Nie ma co się przemęczać. Gdy spotykam jakiś trudny moment, odkładam wszystko i zostawiam na jakiś inny czas. Przyjemność – owszem, ale przejmowanie się? Pokonywanie oporów? Na to się nie piszę. Coś jak seks bez zobowiązań, tylko zabawa się liczy.

Tego rodzaju podejście nie ma nic wspólnego z energią twórczą. W twórczej zabawie nie chodzi o to, by robić coś byle jak, bez zaangażowania, bez poczucia odpowiedzialności, czy na pół gwizdka. Nie chodzi o to, by „tak się tylko zabawiać”, czy „sobie podłubać”.

Przyjrzyj się przedszkolakom, w jaki sposób bawią się np. w chowanego. Czy jest tam choćby gram oszczędzania się? Albo przyjrzyj się, jak ludzie grają w gry komputerowe. Czy jest coś w rodzaju: „Ech, ten poziom jest za trudny, dam sobie spokój”? Przeciwnie, często im trudniejsza przeszkoda, tym więcej zabawy. W prawdziwej zabawie jest zarówno lekkość, jak i pełne, intensywne skupienie.

Zabawa i praca

Postawa, która ułatwia nam pełne korzystanie z energii twórczej, w rzeczywistości nie jest ani zabawą, ani pracą. To coś w rodzaju poważnej zabawy (poważnej w sensie pełnego zaangażowania) albo przyjemnej pracy (przyjemnej w sensie poruszającej wewnętrznie).

Najlepsza postawa w trakcie tworzenia to pełne połączenie zarówno pracy, jak i zabawy. Nie na zasadzie trochę tego i trochę tego, ale mnóstwo tego i mnóstwo tego. Jak w jednym z wierszy zauważył Robert Frost: dopiero wtedy można coś naprawdę stworzyć na korzyść niebios i przyszłości, gdy zabawa i praca staje się jednym, tak jak wizja z lewego i prawego oka łączy się w naszym mózgu w jeden obraz („Two Tramps In Mud Time”).

Kluczem do tego rodzaju podejścia jest umiejętność pełnego skupienia uwagi na tym, co robimy.

Czasem takie skupienie przychodzi samo. Zabieram się za coś i przestaję dostrzegać świat wokół siebie. Tworzenie samo z siebie staje się jak gra komputerowa albo berek dla przedszkolaka. Czasem jednak trzeba sobie w tym pomóc. Trzeba krok za krokiem zbudować nawyk pełnego angażowania się w to, co robimy. Być może gdzieś po drodze nauczyliśmy się asekuracji, oszczędności, niewchodzenia w to, co się robi na całość. Uczymy się takich rzeczy w szkole, w pracy, w codziennych kontaktach. Jeżeli jednak chcesz tworzyć z pełną energią, potrzebujesz się tego oduczyć. Potrzebujesz wrócić do tego, co było kiedyś.

W poprzednim tekście była mowa o budowaniu nawyku szybkiego startu (wychodzenia z bloków startowych). To ważny nawyk. Obniż oczekiwania, skup się na pierwszych krokach, pozwól sobie na to, by tylko zacząć.

Jeżeli jednak poprzestaniesz na samym budowaniu rutyn, będziesz jak sprinter, który wychodzi z bloków, ale zaraz potem zwalnia albo biegnie w inną stronę.

Równie ważny jest nawyk polegający na tym, że od razu po wyjściu z bloków startowych, rzucam do działania 100%  uwagi — tak, jakbym był przedszkolakiem, który chce wygrać w swoją grę, albo zapalonym graczem, który nie widzi świata poza poziomem gry, na którym się znajduje.

Mit jednej pompki

Długo byłem fanem filozofii kaizen („Mały krok zmienia życie”). Zachwycałem się mantrami w rodzaju „Rób jedną pompkę dziennie, a niezawodnie nabędziesz formę”. Wciąż lubię i doceniam kaizen, tyle że mam dziś znacznie bardziej krytyczny stosunek do małych kroków. Czy jedna pompka dzienni sprawi, że w końcu nabędziesz kondycję? Może tak, a może nie. Wiele osób zaczynających od jednej pompki dziennie kończy na jednej pompce. Zdarza się, że ten prosty nawyk robienia rano jednej pompki stopniowo rozwija się w dwudziestominutowe, codzienne ćwiczenia. Zdarza się jednak, że dzieje się coś odwrotnego: nawyk się zwija. Z jednej pompki robi się poranne przeciąganie. Jedna pompka ma sens, gdy jest punktem wyjścia do czegoś więcej.

Szczególnie łatwo o takie zwijanie się w przypadku nawyków twórczych. To doskonały pomysł, by zaczynać od napisania jednego zdania.

Ale co, gdy po dwóch miesiącach wciąż piszesz po jednym zdaniu? A co, gdy po pół roku wciąż stać cię wyłącznie na jedno zdanie? Najbardziej boleśnie doświadczyłem tego, ucząc się szwedzkiego. Zgodnie z zasadą obniżania oczekiwań zacząłem codziennie poświęcać 3 minuty na naukę. Załapało. Potem czas zaczął się wydłużać. Doszedłem do jakichś pięciu minut. I to było wszystko. Mając na koncie ciąg liczący kilkaset dni, poświęcałem na naukę niecałe pięć minut. Być może nawet bym się tym zadowolił, gdyby nie to, że robiłem to w coraz mniej skupiony sposób. Po prostu odwalałem swoje. Zbudowałem nawyk, ale ten nawyk nie polegał na tym, że z pełną energią i skupieniem uczę się szwedzkiego, tylko na tym, że niedbale odhaczam naukę.

Byłem na prostej drodze, by stać się dziwakiem, który podnosi każdego dnia żelazko. Wiktor Suworow (agent radzieckiego wywiadu, który zbiegł na Zachód, po czym opisał swoje doświadczenia w książce „Akwarium”) pisze:

Regularny trening jest ważny, ale sam niczego nie zmienia. Pewien dziwak trenował każdego dnia. Raz dziennie podnosił żelazko. Trening trwał regularnie przez dziesięć lat, ale jego mięśnie nie rosły.

Suworow pisze, że oprócz regularności potrzebna jest determinacja. Wspomina jeden z elementów swojego szkolenia:

Chodzimy na treningi przyszłych mistrzów olimpijskich. Oto oni, 15-letni bokserzy, 5-letni akrobaci, 3-letni pływacy. Spójrzcie na ich wyraz twarzy. Poczekajcie do końca treningu, do ostatniej chwili, kiedy na malutkiej dziecinnej twarzyczce pojawi się wściekła determinacja, pragnienie pobicia wczorajszego wyniku. Popatrzcie na nich! To właśnie oni przyniosą kiedyś olimpijskie złoto pod wielką czerwoną flagą z sierpem i młotem. Spójrzcie na tę twarz! Ile w niej napięcia.

Napięcie twórcze

W przypadku tworzenia nie chodzi o bicie rekordów, złoto olimpijskie pod wielką czerwoną flagą, czy pokonanie jakichkolwiek przeciwników (nawet nie chodzi o pokonanie samego siebie). Jednak im bardziej twórczy człowiek, tym łatwiej znaleźć u niego coś w rodzaju napięcia. Coś, co pojawia się nawykowo, od razu po wyjściu z bloków startowych. Coś, co można nazwać napięciem twórczym. Jakiś rodzaj determinacji, skupienia na celu, który jest co najmniej tak wielki i odległy, jak olimpijskie złoto. Tworzenie jest, nawet gdy mówimy o czymś takim jak budowa firmy sprzątającej, projektowanie aplikacji, czy urządzanie domu, zawsze w jakimś stopniu walką z bogami. Sięganiem po coś, co zarezerwowane jest dla nieśmiertelnych.

Rollo May w swojej książce „Odwaga tworzenia” cytuje list, jaki George Bernard Shaw wysłał po wysłuchaniu koncertu do skrzypka Heifitza:

Drogi Panie Heifitz,
Moja żona i ja jesteśmy oczarowani Pańskim koncertem. Jeśli nadal będzie Pan grał tak pięknie, z pewnością umrze Pan młodo. Nie można grać tak doskonale, nie wywołując zazdrości u bogów. Szczególnie nalegam, aby co noc przed pójściem spać, zagrał Pan coś gorzej…

Tworzenie, jak pisał Igor Strawiński, jest sięganiem do czegoś więcej niż ziemskie owoce. To próba wykradzenia ognia albo zwędzenia jabłka z zakazanego drzewa. Bez tego rodzaju napięcia, odwagi, bezczelności nawet, zajmowanie się czymś jest jedynie dłubaniem, a nie tworzeniem.

Pisząc o tym, jestem świadomy jak daleko sięganie leży od dosięgnięcia. No i co z tego, że mam w sobie to napięcie, skoro to wszystko, co robię, jest tak płaskie, przyziemne i nijakie?

Owszem, rzadko dosięgniesz. Mimo wszystko pielęgnuj w sobie to napięcie.

W jaki sposób? Najprostszą rzeczą jest rozwijanie w sobie zdolności do intensywnego skupienia uwagi.

Intensywność uwagi

Usiadłem za biurkiem, uruchomiłem edytor tekstu, napisałem pierwsze zdanie. Duża szansa, że potem napiszę następne i następne. Duża szansa, że wewnętrzne skupienie będzie rosnąć, że po drodze pojawi się napięcie twórcze. Dobrze jednak wiem, że nie ma takiej gwarancji.

Piszę, piszę, piszę… i jakoś tak nagle okazuje się, że przeglądam internet, bo po drodze postanowiłem coś szybko sprawdzić. Momencik. No właśnie. Płyta, która leciała w tle, skończyła się, muzyka poszła dalej, ale ta inna muzyka mi nie pasuje. Trzeba przełączyć. Ale co tu ustawić? Ta sama płyta, która leciała wcześniej, a może coś innego? O, to by było dobre…, a nie, jeszcze jest to…

Rozproszenie. Ma być chwilka, a wychodzą minuty. Czas pracy staje się dziurawy jak szwajcarski ser.

Wracam do pisania. Jestem wciąż skupiony. Jeżeli jednak za chwilę jeszcze raz się rozproszę (bo przypomnę sobie coś, co nie może poczekać ani sekundy), a potem jeszcze raz (bo ktoś wejdzie i mnie zagada), i jeszcze raz (bo zadzwoni telefon), i jeszcze raz (bo trzeba sprawdzić ten cytat w jakieś książce, która gdzieś się zapodziała), i jeszcze raz (bo przyjdzie mail) — stan skupienia mojej uwagi z diamentu zmieni się w węgiel drzewny. W końcu diament to nic innego niż węgiel, tyle że bardziej uporządkowany. W końcu okaże się, że nie mam nawet siły wrócić do tego, co robię (diament zmieni się w sadzę).

Poziom uporządkowania naszej uwagi jest efektem nawyków emocjonalnych i poznawczych. Sytuacja (miejsce, moment, otoczka) wzbudza w nas zestaw nastawień, emocji i oczekiwań. Jeżeli przez kilka dni będę pisał w taki wałęsający się, rozproszony sposób, w końcu będzie to mój normalny, automatyczny stan skupienia uwagi.

Dojdę nawet do wniosku, że nie potrafię bardziej się skupić. „Po prostu nie mam w sobie takiej energii. Nie jestem tego rodzaju osobą. Może jestem za stary? Może jestem za słaby? Może jestem za bardzo flegmatykiem?”.

Naprawdę? Wyobraź sobie taką sytuację: umówiłeś się na ważne spotkanie. Pech chciał, że coś sprawiło, że brakuje ci czasu, załóżmy, że popsuł ci się samochód. Do spotkania został kwadrans. Nie możesz go odwołać ani przełożyć. Jeżeli się sprężysz, jesteś w stanie zdążyć. Jak funkcjonuje twoja uwaga? Błąka się? Zajmuje ją widok ptaszka, który właśnie usiadł na ścieżce? Przeszkadza jej hałas kosiarki? Zastanawiasz się, co zjesz na kolację? Oczywiście, że nie. Jest skupiona, a nie rozproszona. Jak byś ocenił poziom jej skupienia w skali od jeden do dziesięć? Jeżeli nie jesteś osobą, która zbyt łatwo ulega panice, albo wyrzutom sumienia („mogłem byłem to wszystko przewidzieć”) prawdopodobnie będzie to przynajmniej mocna ósemka. Jeżeli tak, to znaczy, że nie jesteś pozbawiony zdolności skupienia uwagi. Wciąż masz w sobie tyle energii, że możesz być niczym diament (albo przynajmniej antracyt). Tyle tylko, że nie masz do tego okazji.

No dobrze, ale ta sytuacja dotyczy bardziej szybkich ruchów niż myślenia. Wyobraźmy sobie w takim razie coś innego. Niech będzie pisanie. Masz do napisania jakiś raport albo esej. Temat jest rozległy, wciągający. Masz na to 3 tygodnie. Po tym czasie musisz go wysłać do szefa (jeżeli to raport) albo złożyć nauczycielowi (jeżeli to esej). Usiadłeś dziś za klawiaturą i zacząłeś pisać. Jak myślisz jaki jest stopień uporządkowania twojej uwagi? W moim przypadku prawdopodobnie będzie to nie więcej niż trójka albo czwórka. W porywach siódemka, ale raczej się nie utrzyma.

A teraz ten sam tekst, tylko że termin mija za 45 minut. Co z uwagą? Prawdopodobnie stopień uporządkowania wzrasta. Nagle, mamy co najmniej ósemkę. I to przez cały czas.

Istnieje wiele sytuacji, w których nasza uwaga staje się bardziej uporządkowana. To nie musi być termin. To może być np. rywalizacja. Gdy grasz w badmintona z kimś znacznie słabszym od ciebie, możesz się nudzić i myśleć o czymś innym. Ale gdy staje przed tobą rywal, który jest o oczko wyżej, poziom uwagi nagle się podnosi. Inną rzeczą porządkującą uwagę jest zagrożenie. Jedziesz samochodem i rozmawiasz z kimś w najlepsze i nagle widzisz, że coś się dzieje, ktoś na przykład pojawił się na poboczu. Przestajesz słyszeć, co do ciebie mówi rozmówca i całkowicie skupiasz się na drodze.

Te sytuacje mają w sobie coś nieprzyjemnego: pośpiech, perspektywa oceny, rywalizacja, zagrożenie. Potrzebuję podnieść intensywność uwagi, ale nie za cenę wzbudzania w sobie niepokoju, pośpiechu czy chęci pokonania. Pytanie brzmi: Czy można to zrobić?

Jak czasem mawia mój nieco zbyt wolny laptop, gdy chcę wyszukać jakiś plik: „Pracujemy nad tym”. Mogę jedynie podzielić się kilkoma sposobami, które stosuję, by nie wpadać tak często w nieuporządkowane błąkanie się. Czy te sposoby są skuteczne i pomagają mi w tworzeniu? Średnio. Czasem tak, czasem nie. Nie jest źle, ale wciąż jestem daleki od zadowolenia. Wciąż mam w sobie przekonanie, że gdybym bardziej podniósł stopień wewnętrznego uporządkowania, gdybym zamiast pracować na poziomie grafitu (też węgiel), gdybym przeskoczył na stałe na poziom antracytu (nie marząc nawet o fulerenie, czy diamencie), byłbym życiowo w innym miejscu.

Nie traktuj zatem moich rad jako zaleceń mistrza. Są to próby kogoś, kto wciąż ma zadanie do wykonania.

Kilka prób podnoszenia intensywności skupienia uwagi

Moje pomysły na to, by zwiększać intensywność skupienia, nie mają w sobie nic niezwykłego. Są raczej czymś oczywistym. Podejrzewam, że wiele z nich również stosujesz.

Ograniczenia

Pierwszą, oczywistą rzeczą są ograniczenia:

— zamknięte drzwi od pokoju;

— zasłonięte okno (tak, by nie widzieć, co się dzieje na zewnątrz)

— posprzątane biurko;

— telefon wyłączony, albo przestawiony na tryb „nie przeszkadzać”;

— niedostępność dla innych spraw i innych ludzi;

— zakaz (dla siebie samego) czytania wiadomości, sprawdzania mediów społecznościowych, czy oglądania filmów, czasem odłączenie od internetu;

— komputer bez innych programów oprócz edytora tekstu, odtwarzacza muzyki w tle i narzędzi do monitorowania pracy (pomiar czasu, rodzaj projektu, ocena jakości uwagi).

Czas

Ważnym rodzajem ograniczeń są te, które dotyczą czasu. Z wystrzępionych kawałków materiału nic nie uszyjesz, za to całkiem sporo z kawałków równo przyciętych, nawet niewielkich. „Strzępienie się” to sytuacja, w której zajmujesz się czymś już tak długo, że twoja uwaga jest przeciążona i nie jesteś w stanie wiele z siebie wykrzesać.

Poziom uwagi stopniowo opada, nawet jeżeli robimy pasjonujące rzeczy. Nikt nie jest w stanie skupiać się tak samo intensywnie przez wiele godzin. Natężenie uwagi, z jakim mamy do czynienia po sześciu godzinach pracy jest mniejsze niż to, z jakim mamy do czynienia po godzinie, czy dwóch. Zamiast się strzępić, lepiej zrobić „ciach”.

Intensywność wymaga zbudowania rytmu „skupienie — rozluźnienie”. Najbardziej intensywna jest praca w krótkich, intensywnych sesjach, poprzeplatanych, krótkimi odcinkami regeneracji.

Daj sobie krótki czas i w trakcie tego krótkiego czasu wyduś z siebie wszystko. Skup się tylko na tym, co robisz. Nie rozpraszaj się, nie myśl o niebieskich migdałach. Potem zrób przerwę i zrób coś, co naprawdę cię regeneruje (nie: czytanie wiadomości czy przeglądanie mediów społecznościowych).

U mnie najczęściej wygląda to tak: minęło pół godziny, robię krótką, 3-minutową przerwę, po czym znów wracam do skupionego działania. Po trzech takich skupionych kawałkach przerwa jest dłuższa (zazwyczaj 20 minut). Koniec po czterech godzinach  pracy. Tego rodzaju sposób pracy nazywany jest czasem „Techniką Pomodoro” (od kształtu timera kuchennego, który może służyć do odmierzania kolejnych odcinków pracy).

Żeby coś w ogóle robić, kluczowe jest to, jak zabierasz się za działanie. Z kolei, żeby podnieść jakość skupienia uwagi, kluczowe jest to, jak kończysz. Mam wrażenie, że im bardziej ktoś jest nieefektywny, tym większą ma tendencję do pracy na oparach. Taka rozproszona praca, zamiast posuwać go do przodu, sprawia, że nabywa nawyku „dłubania”.

Z efektywną pracą jest jak ze zdrowym jedzeniem. Tak, jak warto skończyć posiłek, gdy masz jeszcze w brzuchu trochę miejsca, tak samo warto przerwać pracę, gdy jesteś jeszcze w stanie coś zrobić. Gdy odczołgujesz się od biurka, prawdopodobnie dałeś sobie za bardzo w żyłę.

Kończenie pracy w odpowiednim momencie nie jest łatwe. Człowiek ma pokusę, by jeszcze chwilę pociągnąć (tak, jak ma pokusę, by jeszcze coś zjeść). Warto jednak przerwy zrobić swoim automatycznym nawykiem tak, jak rozpoczynanie pracy. Gdy rozlega się dźwięk timera, wstaję i robię co najmniej dwuminutową przerwę (dobra, przynajmniej minuta). Ciąg dalszy za chwilę. Często okazuje się, że ta chwila daje perspektywę i pozwala zobaczyć, że w czymś ugrzęzłem.

Jak długo ma trwać taka skupiona sesja? Tak długo, jak długo jesteś w stanie intensywnie się skupić. Piętnaście minut? Doskonale. Trzydzieści? Jeszcze lepiej. Dasz radę przez godzinę? Leć.

Nie przejmuj się jednak, jeżeli jesteś w stanie skupić się zaledwie przez pięć, dziesięć minut. Zdolność skupienia jest jak mięsień. Jeżeli będziesz to powtarzać dzień po dniu, okres intensywnego skupienia uwagi będzie się wydłużał.

To samo dotyczy tego, ile sesji powinieneś robić każdego dnia. Dwie dwudziestominutowe, w pełni skupione sesje są cenniejsze niż strzępienie się przez trzy godziny.

Ciało

Wydaje się, że skupienie uwagi jest tylko kwestią umysłu, ale tak nie jest. Ogromną rolę odgrywa w nim także nasze ciało. Gdy piszę te słowa, mój kręgosłup jest wyprostowany. Nie opieram się o oparcie, siedzę na krawędzi krzesła. Stopy opierają się równo o podłogę. Gdybym się zgarbił, oparł, założył nogę na nogę, moja uwaga w jakimś stopniu uległaby rozproszeniu. Nie twierdzę, że to jedyna postawa ciała wspomagająca skupienie (choć w przypadku większości osób wyprostowany kręgosłup jest ważny). Są ludzie, którzy bardziej skupiają się, stojąc przy wysokim biurku, znam takich, którzy wolą siedzieć na podłodze za niskim, sięgającym kolan stolikiem. Istnieją ponoć nawet tacy, którzy są najbardziej skupieni na leżąco. Tak czy inaczej, postawa ciała ma wpływ na poziom skupienia. Poszukaj takiej postawy, w której umysł jest najbardziej żywy.

Ciało to jednak nie tylko postawa. Elementem, który pozwala mi się koncentrować, jest ruch. W przerwach pomiędzy sesjami staram się zasapać. Mam dość niskie ciśnienie i powolny rytm serca. Gdy się zasapię, do mózgu dopływa więcej krwi. Po takich dwóch minutach biegu w miejscu (lub szybkim spacerze albo szybkich ćwiczeniach rozciągających), często przychodzą mi najlepsze pomysły. Nagle zjawia się „Aha, wreszcie wiem, o co mi chodzi!”.

Jeszcze jedna rzecz z tego zakresu. Nie jestem się w stanie skupić z pełnym żołądkiem. Jestem zdecydowanie bardziej skupiony na czczo albo po lekkim posiłku (i w ten sposób pisanie mnie odchudza).

Skojarzenia

Jeszcze jeden kierunek to skojarzenia. Skoro skupienie jest efektem nawyku, to warto ten nawyk aktywnie budować. Ten sam rodzaj muzyki (jedna zapętlona lista, abo ta sama płyta). Ten sam napój (kawa). Takie same rzeczy na biurku (po prawej zapalona lampka, czyste kartki, kubek z przyborami do pisania, po lewej filiżanka, termos i szklanka z wodą). To mi się kojarzy ze skupioną pracą.

Monitoring i obserwacja siebie

I rzecz ostatnia (choć pewnie od niej powinienem zacząć) to monitoring samego siebie. Monitoruję zarówno czas pracy (ile sesji i minut zrobiłem każdego dnia), jak i jakość skupienia. Po każdej sesji oceniam, na ile byłem skupiony (wystawiając sobie od jednej do pięciu gwiazdek). Nic specjalnego z tym wynikami nie robię, ale samo zwracanie uwagi na jakość skupienia, sprawia, że zabierając się za działanie, pamiętam o tym.

Nie sądzę, by takie przyznawanie gwiazdek było czymś niezbędnym. Ma to kilka minusów i pewnie za jakiś czas z tego zrezygnuję. Wprowadziłem je jednak z tego względu, że nie byłem zadowolony ze swojego skupienia. Na przykład w czwartek średnia wynosiła 1,67 – kiepsko. Wczoraj za to 3,25 – całkiem dobrze. W sumie jednak tydzień był słaby (średnia 2,6).

Tak, jak napisałem wcześniej. „Pracujemy nad tym”. Nie mam recepty na pełen sukces. Pewnie takiej recepty nie ma? Pewnie jedyny sposób to próbować jednego sposobu po drugim i oceniać, który się sprawdza? Wciąż to robię.

Czy jest może coś, co twoim zdaniem, warto wziąć pod uwagę, pracując nad uwagą? Czy jest coś, co sprawdza się u Ciebie?

Zostaw komentarz