Jak do tworzenia włączyć nieświadomość

Jeżeli masz mózg, masz wszystko, co niezbędne, by być osobą twórczą. Jesteś w stanie tworzyć i wymyślać nowe, niezwykłe rzeczy. Rzeczy, których nikt jeszcze nie wymyślił, nie zrobił, o których nikt jeszcze nie opowiedział, których nie pokazał, czy nie opracował.

Mózg jest skomplikowaną i niesamowitą maszyną. Myślenie opiera się na łączeniu i zestawianiu różnych jego obszarów. Każde połączenie to inny stan, myśl, pomysł, działanie. Ilość możliwych połączeń w twoim mózgu przekracza ilość atomów we wszechświecie. Nie ma zatem obaw, że nic ci nie zostanie do stworzenia.

Co więcej, masz to w pakiecie podstawowym. Bycie twórczym, odkrywczym, czy pomysłowym nie wynika z tego, że urodziłeś się z talentem, uzdolnieniami, czy racjonowanymi przez ewolucję wrodzonymi możliwościami, ale z tego, że urodziłeś się jako człowiek. Twoja zdolność do tworzenia wynika z tego, że posiadasz mózg.

Oczywiście ludzie różnią się między sobą poziomem twórczości, odkrywczości i pomysłowości. Niewielu z nas jest w stanie dorównać Einsteinowi, Mozartowi, czy Picasso. Nie chodzi jednak o bycie ultra, hiper twórczym (a o tym mówimy w przypadku tych osób). Jeżeli jednak nie zamierzasz na nowo wymyślać teorii względności, komponować „Czarodziejskiego Fletu”, czy wywracać do góry nogami malarstwa, standardowe możliwości twórcze powinny aż nadto wystarczyć.

Jeżeli tylko zechcesz z nich skorzystać. Bo skoro bycie twórczym to nie żadne mecyje, a normalna ludzka rzecz, dlaczego tak wielu jest wokół nas ludzi ograniczonych, zablokowanych, sztywnych, pozbawionych pomysłowości i energii twórczej?

Nieświadomy umysł jest potrzebny by tworzyć

Dlaczego tyle osób nie korzysta ze swoich możliwości twórczych? Co ich blokuje?

Świadomość. Dokładniej mówiąc, utożsamianie się z małym fragmentem tej wielkiej i wspaniałej maszyny, jaką każdy z nas ma w swojej w głowie. Ten fragment umysłu bywa różnie nazywany: świadomość (w odróżnieniu od podświadomości); ego (w odróżnieniu od id oraz superego), system 2 (w odróżnieniu od systemu 1), umysł subiektywny (w odróżnieniu od obiektywnego) czy też umysł lewokomorowy (w odróżnieniu od prawokomorowego).

Utożsamiamy się z tym, co możemy kontrolować, co jest przewidywalne, zrozumiałe, co podlega jakiegoś rodzaju sterowaniu. Czujemy się z tą częścią mózgu jak w domu na kanapie, ale to zaledwie mały fragment umysłu. Wstańmy z tej kanapy i popatrzmy razem za okno. Gdy to piszę, jest gorący, bezchmurny dzień. Nad brązowordzawymi dachami wyblakły od ponad trzydziestostopniowego upału błękit. Tylko gdzieś tam wysoko, jak zbyt małe do odczytania literki wiszą czarne jaskółki (w zasadzie są to jerzyki). Są niezmordowane w swoich pościgach za owadami. Lecą w dal, wracają, ślizgają się i zakręcają, wznoszą się i opadają. Ta chaotyczna, wciąż zajęta pościgiem jaskółka to właśnie moje ego, moje „świadome ja”, to co mam na myśli, mówiąc, że: „Ja to zrobię”, „Ja to opracuję”, czy „Ja to napiszę”.

Jaskółka to wspaniały ptak, nie mniej jednak możliwości, jakimi dysponuje to zaledwie mały fragment mojego umysłu. Gdzie jest zatem jego pozostała część? Ta, która może w nieskończoność rozpatrywać, zestawiać i porównywać, która może dostrzegać zupełnie nowe rozwiązania, która potrafi odkrywać to, co do tej pory nieodkryte?

W tym porównaniu jest to niebo. Wielkie ogromne niebo, które rozciąga się od tego miejsca, gdzie widać w dobrą pogodę Tatry (a dziś tylko zamglone, stykające się z bladym błękitem wzgórza) do tego, gdzie za dachami prostokątnych bloków znikają samoloty podchodzące do lądowania na lotnisku w Balicach. Całkiem spory kawałek, będzie ponad sto kilometrów. Jaskółka, choć żwawa i niewyczerpana jest zaledwie punktem w tej przestrzeni.

Różnica rozmiarów jaskółki i nieba oddaje między innymi różnice w zdolnościach obliczeniowych.

Mój świadomy umysł dysponuje zdolnościami obliczeniowymi na poziomie kalkulatora (choć czasem mam wrażenie, że to nawet liczydło). Prosta maszyna licząca, mająca wiele cennych zastosowań (np. przeliczanie kursów walut, albo sumowanie kwoty za zakupy), jednak zbyt ograniczona, gdy chodzi o wiele zadań (choćby pisanie dłuższych, czy ambitniejszych tekstów). Nieświadomy umysł to tymczasem wypasiony komputer o ogromnej mocy przetwarzania.

Prawdziwe tworzenie odbywa się nie na poziomie kalkulatora, ale tej wielkiej maszyny nieświadomości. Póki nie nauczymy się jej puszczać w ruch, póki nie nauczymy się odczytywać tego, co z siebie wypluwa, póki nie pogodzimy się z zagrożeniami, jakie mogą być efektem jej działania — dopóty nie staniemy się osobami twórczymi.

Osoba twórcza to ktoś, kto pracuje w ogromnym stopniu za pomocą swojej nieświadomości. Dla mnie to istotna część definicji twórczości: to takie działanie, które w dużej części jest efektem pracy nieświadomego umysłu.

Problemem osób, które są pozbawione energii twórczej, jest nieumiejętność korzystania z własnej nieświadomości.

Takie osoby wszystko próbują robić w sposób pełni świadomy i kontrolowany. W efekcie korzystają jedynie z małej części mózgu. Ich wielki, wspaniały komputer, będący w stanie rozwiązywać zadania w twórczy sposób albo nie pracuje, albo efekty jego pracy nie potrafią przedostać się na powierzchnię, przez bariery i zasłony.

Mózgi takich osób, choć zdolne do budowania nowych ścieżek, jedynie międlą w kółko i w kółko po tych samych co zawsze drogach. Tacy ludzie, zamiast wchodzić w głąb i doświadczać świeżości tworzenia, ślizgają się jedynie po zastygłej warstwie tego, co zawsze, nie mogąc przebić się do tego, co w pełni żywe, istotne, prawdziwe, niepowtarzalne.

Jednak nawet wtedy, gdy nie jest z nami aż tak źle, możemy podnieść poziom swojej twórczości, gdy nauczymy się pełniej korzystać z nieświadomości.

W jaki sposób to zrobić? Zanim odpowiemy na to pytanie jeszcze jeden obraz (obrazy lepiej docierają do nieświadomości).

Zamek Bestii

Wyobraź sobie zamek z wysokimi murami i ciężką bramą. Może być taki z XVIII wieku. W środku mieszka ktoś pełen kontrastów. Z jednej strony przeraża, z drugiej fascynuje. Z jednej jest bezczelny i odważny, z drugiej płochliwy i wrażliwy. Z jednej jest osobą silną i niezależną, z drugiej ulega głosom znacznie słabszych od siebie. Z jednej jest leniwy i nieużyty, z drugiej niezmordowany i pomocny. Na pewno jest to osoba nieprzewidywalna oraz pełna świeżej energii. Nazwijmy mieszkańca tego zamku Bestią (na cześć francuskiej pisarki z XVIII wieku, Gabrielle-Suzanne Barbot de Villeneuve, autorki „Pięknej i Bestii”).

Bestia to nieświadoma część naszego mózgu. Jest zazwyczaj oddzielona od części świadomej i stąd te mury. Jest też źródłem energii, której nie można kontrolować i stąd Bestia.

Każdy ma taki Zamek w sobie. Nasza świadomość ogarnia jedynie mały fragment procesów, które mają miejsce w umyśle.

Jednak w przypadku wielu osób na pierwszy rzut oka można mieć wrażenie, że Zamek jest niezamieszkały. Są jedynie jakieś porosłe zaroślami, puste ruiny. Gdy jednak posłuchasz uważniej, możesz usłyszeć późno w nocy, albo nawet w środku zabieganego dnia, gdy człowiek ma za dużo rzeczy na głowie, jak zza murów dochodzi głośny ryk wściekłości, udręczenia, żalu, bezsilności, kto zresztą wie czego, przecież nikogo tam nie ma, czyż nie?

Bestia przeraża. Przeraża jej dzikość, energia i nieprzewidywalność. Przecież dobrze to wiemy, przynajmniej z czasów, gdy byliśmy młodsi, że gdy już wyjdzie ze swojego Zamku, rzadko bywał ułożona. Przeciwnie, kocha wywracać nasze ustawione na półkach cenne puchary i kryształy. Kocha strącać ze ścian wszystkie te oprawione w złote ramki dyplomy i gratulacje, kocha obrażać, tych, których tak bardzo staraliśmy się, nawet kosztem upokorzeń przekonać do siebie.

Bestia przeraża i gdyby nie jej siła, która jest w stanie pokonać każdy mur, można by powiedzieć, że to nie zamek a więzienie. Że to my sami wznieśliśmy te mury, by życie stało się bardziej przewidywalne, mniej zaskakujące, bardziej konsekwentne i bardziej nadające się do tego, by rozpisać je na wiersze, kolumny i wykresy.

Czy to Bestia odgrodziła się od nas, czy my od niej? — to nie jest aż tak ważne. Ważne są efekty tej separacji: owszem, życie staje się bardziej przewidywalne i łatwiejsze do opisania w arkuszu kalkulacyjnym, jednak równocześnie pozbawione prawdziwej energii twórczej, poczucia autentyczności, pełne jakiegoś wewnętrznego, niewypowiedzianego udręczenia.

Zamek Bestii, tak się składa, stoi na pokładach życiowej energii. To nie świadomość dostarcza nam energii, ale nieświadomość. Gdy Bestia przestaje wychodzić poza mury zamku, nie pomagają afirmacje, herbata z guaraną ani joga dwa razy w ciągu dnia.

Nie pomagają książki, blogi, newslettery, mówcy motywacyjni ani przewodnicy duchowi.

Odwaga

Energia do życia nie pochodzi z zewnątrz, ale ze środka, z naszego nieświadomego „ja”. Zewnętrzna inspiracja może być cenna tylko wtedy, gdy popycha cię do tego, by znaleźć się przed wrotami Zamku Bestii.

Czytasz te słowa, bo potrzebujesz więcej energii? Będzie jeszcze kilka wskazówek, ale najcenniejsza rzecz teraz: sięgnij do siebie samego. Stań przed wrotami Zamku.

Wiem, trochę strach. A co, jeżeli zrozumiem, że moje życie jest bez sensu, że wszystko, o co walczyłem, jest nic niewarte? A co jeżeli poczuję emocje, nad którymi nie będę mógł zapanować: smutek, złość, panikę? A co, gdy odkryje, że jestem głupim, pustym, pozbawionym wnętrza człowiekiem, który przez cały życie tylko udawał kogoś, kim nie jest?

Boisz się?

Jeżeli się boisz to dobrze. To znak, że stoisz we właściwym miejscu. Prawdziwe tworzenie wymaga konfrontacji z największymi lękami i obawami. Bez lęków, obaw, zmagania się — nie ma tworzenia.

Nie chodzi o to, by im ulegać. Chodzi o to, by stanąć na wprost nich.

Jesteśmy mistrzami uników. Chowamy się w ustawicznej krzątaninie, w: „tyle mam rzeczy do zrobienia”, „tyle książek do przeczytania”, „tyle kursów do przerobienia”.

Ach, jacy się wydajemy sobie dzielni w tym wiecznym pędzie i zaradności. Jacy dzielni jesteśmy wciąż coś robiąc i ciągle będąc w ruchu. To nie bycie ustawicznie zajętym wymaga odwagi, odwagi wymaga zatrzymanie się.

Chcesz znaleźć inspirację? Zatrzymaj się, zwolnij, stań bez ruchu. Nie pędź, nie szukaj kolejnej namiastki działania.

„Ale to strasznie nudne!”. Zgadza się. Czy nie lepiej jednak nudzić się na temat, niż być pochłoniętym nie na temat? Nuda jest często pierwszym warunkiem do tego, by znaleźć siebie — tą nieświadomą, żywą, energetyczną część „ja”. Gdy czujesz znudzenie, prędzej czy później pojawia się głód działania. Nie karm go jednak namiastką. Nie pozwól, by zapchać ten głód jakimś śmieciowym jedzeniem.

Czy odważysz się iść niepewną drogą?

Dlaczego taką popularnością cieszą się mówcy motywacyjni? Bo mówią: „Oto sprawdzony ponad wszelką wątpliwość sposób. Sam go zastosowałem i proszę bardzo, nie miałem grosza przy duszy, jestem milionerem; nikt mnie nie znał, a dziś mam dziesięć milionów followerów; nie umiałem mówić językiem obcym, mówię biegle piętnastoma”. W pracy mówcy motywacyjnego dostarczanie tzw. dowodów skuteczności stanowi 80% sukcesu. Gdy przejrzysz sto książek motywacyjnych, dziewięćdziesiąt osiem początkowych rozdziałów będzie zawierało opisy historii autora z dowodami jego sukcesów. Dlaczego? Bo czytelnicy chcą dostać pewną, sprawdzoną metodę, która w żadnym wypadku nie zawiedzie. „Nie mogę przecież stosować czegoś niepewnego, niesprawdzonego!”.

Potrzeba pewności we wielu obszarach naszego życia jest niezmiernie cenna. Zdecydowanie lepiej stosować sprawdzone leki, niezawodne samochody, czy żywność pewnego pochodzenia.

Jednak w takich obszarach jak autentyczny rozwój osobisty, innowacje i twórcze działanie, zaspokajanie potrzeby pewności zabija. Jeżeli się nie puścisz, jeżeli nie zaryzykujesz, nie zrobisz niczego naprawdę twórczego. Gdy się „puścisz” — być może zrobisz (choć też nie ma gwarancji).

Dla pocieszenia: te wszystkie poradnikowe pewne metody, wcale nie są pewne. To, że autorowi poradnika coś się udało, nie znaczy, że mnie się też uda. Jesteśmy innymi ludźmi, żyjemy w innych warunkach, mamy inne motywacje.

Gdyby był sposób, który pozwala poza wszelką wątpliwość stworzyć przebój, mielibyśmy same przeboje. Gdyby była metoda, która ponad wszelką wątpliwość pozwalałaby zbudować dochodowy biznes, wszyscy bylibyśmy milionerami. Myk polega na tym, że we wielu dziedzinach jedyne nieoszukane metody, to te, które są obarczone sporą dawką ryzyka. Uda się albo się nie uda, 50% szans.

My jednak boimy się tej nieprzewidywalności. Chcemy, by wszystko było jak w maszynie: cyk — zapadka — cyk — obrót kółeczka — cyk — młoteczek — cyk — bim bam bom — cyk — brawo!. Gdy zegarek się zacina, trzeba go czym prędzej zanieść do zegarmistrza.

Nie zrobiłby kariery mówca motywacyjny, który mówi: „Wiecie co, to co wam proponuję, niekoniecznie się sprawdzi. Nawet nie wiem, czy w moim przypadku to się sprawdziło, bo przecież nie prowadziłem badań naukowych i nie wiem, jakie czynniki były decydujące, a poza tym trudno być sędzią samego siebie. Być może moje sukcesy są jedynie efektem przypadku albo czegoś zupełnie innego”. Nie zebrałby followerów, ale mówiłby prawdę.

Szukanie gwarancji odciąga nas od naszej własnej nieświadomości. Gdy pójdziesz za tym, co będzie się pojawiać z twojego środka, nie wiadomo gdzie dotrzesz. Czy to będzie góra, czy dolina? Kto to wie? Jeżeli cię to przeraża, zamiast zwrócić się do siebie, będziesz wciąż szukać nowych książek, nowych porad i nowych mistrzów.

Droga, którą powiedzie cię twoje własne, autentyczne wnętrze, jest zawsze niepewna. Możesz zgadywać i mieć nadzieję, ale nigdy nie możesz z góry być pewny, co w sobie znajdziesz i gdzie dotrzesz.

Nieświadoma część naszego mózgu nie podlega świadomej kontroli. Właśnie dlatego jest Bestią, a nie przyjemniaczkiem w garniturku. Gdy wypuścisz ją na świat, może się okazać, że pójdzie tam, gdzie się nie spodziewałeś. Może się okazać, że zburzy to, czego z takim oddaniem się trzymałeś. Może się okazać, że jedyną nagrodą będzie sama przygoda robienia czegoś — przyjemność pisania, malowania, budowania, programowania, a nie jakiekolwiek wspaniałe trofea. „Jest coś niesmacznego w pojęciu nagrody” pisał Joseph Conrad („Smuga cienia”) i tak myśli nieświadomość. To nie jest mówca motywacyjny, który sprzedaje gwarantowane przez państwo obligacje. To burzyciel i wichrzyciel który, zanim coś zrobi, lubi niszczyć.

Pablo Picasso twierdził „Każdy akt tworzenie jet w pierwszym rzędzie aktem zniszczenia”. Rollo May (psycholog, autor „Odwagi tworzenia”) zauważa: „Nieświadomość zdaje się czerpać zadowolenie w przedzieraniu się (i burzeniu) przez barierę naszego świadomego rozumowania, którego kurczowo się uczepiliśmy”.

Czy jesteś gotowy puścić się tego, co sprawdzone / gwarantowane / ponad wszelką wątpliwość i zaryzykować coś, co nie wiadomo dokąd cię doprowadzi?

Czy Bestia jest w domu?

Czasem zdarza się, że gdy staniesz przed bramą Zamku, podejmując ryzyko i przełamując obawy, okazuje się, że Bestia na ciebie już tam czekała.

Tak, trochę czujesz się z nią niepewnie, w końcu jest dzika i szalona, ale z czasem zaczynasz ją, jak Piękna coraz bardziej lubić. Inaczej niż w bajce Bestia nigdy nie zmieni się w pięknego królewicza, ale tylko dlatego, że Królewicz przy niej to brzydki wymoczek. To prawdziwie mityczna bestia (centaur, jednorożec, gryf — wybierz, co lubisz), a nie rozkapryszony koleś o nadmiarowym zaroście i wielkich kłach.

Częściej jednak, gdy pojawisz się przed bramą Zamku, gdy mówisz sobie: „Chcę sięgnąć do siebie, chcę napisać to ze środka, chcę wyrazić, to co we mnie najbardziej istotne” nic się nie dzieje. Brama pozostaje zamknięta. Nikt na ciebie nie czeka, nikt cię niczym nie straszy, nikt ci nie zaprasza.

Podchodzisz do bramy i próbujesz otworzyć. Zamknięta. Robisz „puk, puk”. Głucha cisza. Co w takim razie dalej?

Wyważyć te wrota. Jak to się robi? Nie wiem, czy ci się to spodoba. Warto to jednak umieć, bo w 80% przypadków, inaczej nie przywitasz się z Bestią, a twoja twórczość pozostanie pusta jak wyschnięta studnia.

Jak wyważać wrota?

Wyobraź sobie wielkie, metalowe zawiasy, na których wiszą skrzydła ciężkiej bramy. Brama jest zamknięta, choć nie na klucz. Gdy się zaprzesz, uda ci się ją uchylić. To ciężka, męcząca praca, ale gdy to zrobisz, jest szansa, że Bestia wyjrzy i wniesie energię, radość tworzenia i poczucie sensu. Jest nawet szansa, że odwali za ciebie całą robotę, dostarczając ci wglądu, natchnienia, przebłysku, intuicji czy poczucia przepływu.

Gdy to się wydarza, zaczynasz pracować całym umysłem — tym lewokomorowym i prawokomorowym, świadomym i nieświadomym. W tym stanie potrafimy tworzyć rzeczy o niebo lepsze niż to, co nam wychodzi, gdy działa jedynie ego (świadome „ja”).

Jak jednak wyważyć te wrota?

Istnieją chemiczne drogi na skróty (peyotl i inne grzybki). Tego jednak nikomu nie warto polecać, bo co prawda uwalniają Bestię, ale tłumią świadomość. Chodzi tymczasem o pełną harmonię umysłu.

Czy w takim razie zostaje nam jedynie czekać, aż wrota same zechcą się otworzyć? Czekać na natchnienie, aż się samo pojawi? Nie. Jest prosty sposób: jest nim solidna, rzetelna intensywna praca.

Konstantin Stanisławski, mówiąc o tym, jak aktor może wywołać w sobie natchnienie, twierdzi „Przede wszystkim należy tworzyć w sposób świadomy i autentyczny (właściwy, logiczny, konsekwentny). To będzie najlepszy grunt, na którym wyrosnąć może podświadomość i natchnienie. Jeżeli chcesz w trakcie odgrywania roli poczuć w sobie natychnienie, najpierw musisz się do tego solidnie, solidnie przygotować.

Rozwiązanie polega na tym, by w pełni zaangażować się w to, co robisz. Włożyć w to tak wiele świadomego wysiłku, na jaki cię stać.

Istnieje taki dziwoląg psychologiczny, jakim jest „trening twórczości”. Trenerzy twórczości utrzymują, że aby być twórczym, należy wyluzować. Odrzucić krytykę, nie przejmować się ocenami, pozwolić sobie na swobodne skojarzenia. Głównym efektem tego typu „treningów twórczego myślenia” jest głupawka. Możemy się wygłupiać, możemy się dobrze bawić, możemy wymyślać pięć tysięcy zastosowań dla cegły i robić niekończące się burze mózgów, ale to nie wystarczy. Aby nieświadomość zaczęła pracę, niezbędne jest oprócz tego zaangażowanie się w temat na dwieście procent.

Rollo May pisze, że aby nastąpił przełom i aby nasza nieświadomość dostarczyła nam wglądu (czy natchnienia), nie wystarczy jedynie „pozwolić działać nieświadomości”, czy „nie przejmować się ocenami”. Mówi:

Rodzący się na poziomie nieświadomym wgląd dotyczy jedynie tych dziedzin, w które jesteśmy świadomie zaangażowani.

Rzetelne przyłożenie się, zmaganie się, naciskanie na poziomie świadomym jest komunikatem dla podświadomości, że coś jest ważne. Gdy podchodzimy do czegoś ze znudzeniem, bez poczucia wagi, nieświadomość nie kupuje tematu. W końcu, jeżeli to jest taki luzik, to nie ma powodu, by się budzić. Dopiero wtedy, gdy wyślemy komunikat, że na czymś nam cholernie, ale to cholernie zależy, gdy poczujemy w sobie poczucie pilności i determinacji, nasza dzika część mózgu zaczyna się interesować tym, co się dzieje.

Henri Poincaré wybitny francuski matematyk, którego Rollo May cytuje w „Odwadze tworzenia”, pisząc o swoich odkryciach, zauważa: „Nagła inspiracja przychodzi tylko wówczas, gdy poprzedzało ją kilka dni dobrowolnego wysiłku, który sprawiał wrażenie całkowicie bezowocnego i nie zapowiadał uzyskania niczego wartościowego, a obrana droga zdawała się prowadzić na manowce. Jednakże wysiłki nie były tak jałowe, jak można było sądzić: puściły one w ruch maszynę nieświadomości, która bez nich by nie ruszyła i niczego nie wyprodukowała”.

Gdy pracujemy nad czymś, na czym nam bardzo zależy, nasz nieświadomy umysł włącza się do tej pracy. Wykorzystuje swoją moc, by przetwarzać, porównywać, zestawiać i selekcjonować rozwiązania. Jest aktywny przez cały czas, nie tylko, gdy siedzimy za biurkiem, czy wykonujemy kolejne próby i nie tylko wtedy, gdy sobie to uświadamiamy.

Warunkiem jest jednak, by podświadomość widziała, że na czymś nam zależy. Nie chodzi jednak o jakieś psychologiczne zabiegi (mówienie sobie, jakie to ważne, powtarzanie afirmacji, wizualizowanie itp.). Trzeba to wyrazić językiem konkretnych działań, językiem zmagania się z tematem — pisząc, rysując, programując, opracowując oferty, rozmawiając itp. Dopiero intensywne działanie włącza nieświadomą część do gry.

Jak pisze Abraham Joshua Heschel: „To w czynach człowiek staje się świadomy, to w posługiwaniu się wolą, nie w refleksji, człowieka spotyka własne „ja”. Takie, jakie ono jest naprawdę, a nie jakie mogłoby być. W czynach człowiek odsłania zarówno wewnętrzne, jak i ukryte pragnienia, wyjawiając to, czego nawet nie może pojąć. Serce odsłania się w czynach”.

Zatrzymaj się, by ona pobiegła dalej

Solidne, rzetelne zajmowanie się czymś zaprzęga do pracy nieświadomość. Jeżeli jesteśmy w stanie zaprzeć się w sobie i pracować nad jakimś zagadnieniem tak intensywnie, solidnie i dokładnie, jak tylko się da, zadajemy nieświadomej części umysłu „zadanie domowe”.

Jednak aby odrobić zadanie domowe, trzeba mieć do tego warunki. Można być najpilniejszym uczniem, ale jeżeli nie masz swojego kąta, jeżeli ciągle ktoś ci przeszkadza i przerywa, jeżeli obok bez ustanku chodzi telewizor, możesz nie dać rady odrobić zadania.

Aby zadanie zostało odrobione, potrzebujemy dać czas swojej podświadomości.

Wracając do metafory zamku — gdy uchyliłeś bramę, pora przestać się szarpać. Siłowanie się z otwartą już bramą nie tylko nie pomoże, ale utrudni sprawę.

Lewis Carroll, autor „Alicji w Kranie Czarów”, a przy tym znakomity matematyk, radząc jak uczyć się matematyki, pisał: „Gdy wykonałeś rzetelny i dość długi wysiłek, aby coś zrozumieć, ale nadal czujesz się zagubiony, przestań. Kontynuując, tylko wyrządzisz sobie szkodę. Odłóż to na bok do następnego dnia”.

Mówiąc inaczej: zmagaj się, walcz, pracuj intensywnie, ale potem zrób sobie przerwę, odpocznij, zajmij się czym innym. Poincaré mówił niemal dokładnie to samo: „Znaczenie nieświadomej pracy dla odkryć w matematyce wydaje się nie do podważenia. Bardzo często zdarza się, że gdy pracuje się nad skomplikowanym zagadnieniem, pierwsze podejście nie jest najlepsze. Robi się zatem przerwę, dłuższą lub krótszą, po czym z powrotem siada do pracy. Przez pierwsze pół godziny, tak jak poprzednio nic nie można wymyślić, aż raptem pojawia się w umyśle rozstrzygająca koncepcja. Można powiedzieć, że świadoma praca dlatego była owocna, że przerywana chwilami odpoczynku, który przywracał umysłowi jego siłę i świeżość”.

Nie musisz nawet dochodzić do momentu, w którym nie jesteś w stanie poruszać się dalej. Hemingway, w cytowanej już wcześniej książce (Arnold Samuelson „With Hemingway: A Year in Key West and Cuba”) mówi:

„Najważniejszą rzeczą, jakiej nauczyłem się o pisaniu, jest to, że nigdy nie powinno się pisać za dużo na raz” — powiedział Hemingway, dotykając palcem mojego ramienia. „Nigdy nie wypompowuj z siebie wszystkiego. Zostaw trochę na następny dzień. Najważniejsze to wiedzieć, kiedy przestać. Nie czekaj, aż całkiem się wypiszesz. Kiedy wciąż dobrze ci idzie i gdy docierasz do interesującego miejsca i wiesz, co ma się wydarzyć dalej, czas się zatrzymać. Zostaw to wtedy w spokoju, przestań o tym myśleć, pozwól zająć się tym swojej podświadomości”.

Hemingway mocno wierzył, że nie zajmując się obmyślaniem, planowaniem, poprawianiem, czy inną pracą nad tekstem, pozwala pracować podświadomości. Wierzył, że dzięki przerwie i odpoczynkowi tworzy dla niej miejsce. Sam pisał:

Nauczyłem się nie opróżniać studni mojego pisania, tylko zawsze przerywać wtedy, gdy jeszcze coś było w głębokiej części studni, i pozwolić jej wypełnić się w nocy na nowo, ze źródeł, które ją zasilały.

Gdy wciąż coś robisz w świadomy sposób, interferujesz w pracę podświadomości. Ona wciąż co prawda będzie pracować, ale efekty tego nie będą takie, jakie mogłyby być.

Pełna metoda na włączanie świadomości do tworzenia brzmi: Biegnij tak szybko, jak tylko się da, a potem, gdy jeszcze jesteś rozpędzony, zatrzymaj się w pół kroku. Zrób przerwę. Zajmij się czymś innym.

Jeżeli dałeś z siebie dostatecznie dużo, jeżeli zatrzymałeś się w odpowiednim momencie (nie doprowadzając się do skrajnego wyczerpania), nieświadomość pobiegnie dalej i pojawi się w tobie wgląd, natchnienie, olśnienie (czy jakkolwiek to nazwiesz).

Gdy nieświadomość mówi szeptem

Czasem nieświadomość wkracza na scenę z takimi fajerwerkami, że od razu wiadomo, o co chodzi. Czasem jednak jej głos jest cichy i trudny do zrozumienia. Dlatego warto nie tylko zostawić jej miejsce, odpoczywając przez jakiś czas, ale także wyciszyć siebie samego i nauczyć się odczytywać język, jakim się posługuje.

Rollo May pisze w „Odwadze Tworzenia”: „Trzeba posiadać zdolność do konstruktywnego posłużenia się samotnością. Wymaga to od nas, byśmy chcieli pobyć trochę w ciszy, byśmy pozwolili samotności pracować za nas i w nas. Często mam wrażenie, że ludzie żyjący w naszej nowoczesnej, ruchliwej cywilizacji, pośród ciągłego jazgotu radia i telewizji (May pisał to w latach siedemdziesiątych XX wieku, dziś mamy sto razy mocniejszy jazgot mediów cyfrowych) poddają się każdej możliwej stymulacji, czy to bardziej biernej jak oglądanie telewizji (lub skrolowanie), czy bardziej aktywnej jak rozmowa i praca (czy dziś, komentowanie lub publikowanie). Ludziom nieustannie zajętym niezwykle trudno jest przystać na to, by wgląd z głębi nieświadomośći przedarł się do świadomości”.

Jeżeli się nie wyciszysz, nie zamkniesz oczu, nie wejdziesz w siebie, ustawiczny jazgot świata zagłuszy cichy głos nieświadomości.

Posłuż się samotnością i wyciszeniem. Zamknij oczy i poszukaj w sobie cichego głosu. Może mieć formę obrazu, marzenia, snu, przeczucia. Spróbuj go uchwycić. Skup na nim swoją uwagę.

Jeżeli nic nie słyszysz, możesz zastosować metodę surrealistów, tzw. pisanie automatyczne. Andre Breton (jeden z twórców surrealizmu) radził: „Usadowiwszy się w miejscu możliwie dogodnym dla wewnętrznego skupienia, zaopatrz się w odpowiednie przybory piśmienne. Przybierz postawę jak najbardziej odbiorczą, czyli pasywną. Zapomnij o swym geniuszu, o talentach — własnych i cudzych. Zacznij pisać — dość szybko, by nic nie pamiętać i nie doznawać pokus powtórnej lektury. Pisz, jak długo ci się zechce. Zdaj się na nieustający podszept”.

Breton radzi pisać absolutnie o wszystkim, to najważniejsze, co ma się pojawić, pojawi się. Kluczem jest, by pisać bez zastanawiania się nad tym, co masz napisać. Pozwól myślom płynąć. Im więcej obrazów, tym lepiej. Styl, gramatyka, interpunkcja, artyzm, trafność się nie liczą. Nikt tego nie przeczyta oprócz ciebie. Rób to przynajmniej przez kilka minut. Możesz pisać odręcznie, jeżeli sprawnie używasz klawiatury, możesz skorzystać także i z niej (ale nie poprawiaj literówek i nie wybieraj jakiejś poważnie wyglądającej czcionki). Możesz także, jeżeli pisanie zbytnio cię blokuje i spowalnia, użyć telefonu z jakąkolwiek aplikacją nagrywającą. W tym przypadku mów bez zastanawiania się.

Doceń co się pojawia

Wiele osób tkwi w klinczu: coś się zaczyna wyłaniać, na horyzoncie zjawia się jakiś kształt, ale one nie są pewne, czy to, co się wyłania, jest właściwe. „Może to jest głupie, może to źle o mnie świadczy, może to nie ma sensu, może trzeba to przepracować?”.

Nie ma nic złego w dopracowaniu, ale punktem wyjścia musi być akceptacja tego, co się samo zjawia. Weź to, co pierwsze przychodzi i nie zagaduj, nie poprawiaj, nie krytykuj. Najpierw to doceń i zrozum.

Jest jakiś powód, dla którego twoja podświadomość daje ci takim obraz, czy taki wniosek. Nie możesz tego odrzucać tylko dlatego, że wolałbyś dostać innego. Najpierw to zaakceptuj, potem zrozum, a potem dopiero zastanawiaj się co z tym zrobić.

Negatywnie nastawiony, wiecznie skwaszony krytyk nie jest tym samym, co krytycznie myślący dorosły. Jeżeli wciąż będziesz krytykować, poprawiać, modyfikować, podświadomość przestanie się odzywać.

Gdy tworzysz, możesz nie wierzyć w siebie i swoje siły (choć oczywiście lepiej wierzyć), musisz jednak wierzyć w swoją podświadomość.

Musisz doceniać to, co ci podpowiada — głośnym krzykiem, który dopada cię w środku spaceru, gdy nagle, nie wiadomo skąd „wiesz, o co w tym wszystkim chodzi i jak to zrobić”; albo też cichym szeptem, który można uchwycić, siedząc bez ruchu, niczym kot czający się w wysokiej trawie na płochliwą mysz; lub też sugestiami, które można odszyfrować, kojarząc wiele faktów, niczym archeolog deszyfrujący tekst w pradawnym języku, na manuskrypcie w połowie zjedzonym przez mole.

Zostaw komentarz