Pierwszy newsletter

Witaj po raz pierwszy!

Czyli jednak nie zniszczyły mnie po drodze wszystkie możliwe demony i przeciwności. Nie zostawiłem pomysłu na „kiedyś” (które przecież nigdy nie przychodzi). Odważna była także twoja decyzja: dać szansę czemuś jeszcze tak niekonkretnemu. Jestem Ci wdzięczny.

Bardzo się cieszę, że się spotkaliśmy!

Jesteśmy tutaj po to, by podnosić poziom naszej energii twórczej. Sukces będzie polegał na tym, że staniemy się, choćby w minimalnym stopniu  bardziej kreatywni w pomysłach, wytrwalsi w tworzeniu i bardziej odważni z wychodzeniem do świata z tym, co udało nam się zrobić.

Jak ten newsletter będzie wyglądać? Czy tak jak ten pierwszy? Nie wiem. Napisałem kilka wersji pierwszych listów. Były jednak dość podobne do tego, co można znaleźć na moim blogu. Nie, żebym nie był z tego zadowolony, skoro jednak zaczynam coś nowego, to dlaczego by nie spróbować inaczej?

W tym numerze newslettera znajdziesz zatem nie jeden długi i szczegółowo omówiony temat (takie też mogą się pojawiać), ale  krótsze tematy, a co więcej, niektóre nietypowe dla tego, co zazwyczaj piszę.

Liczę na to, że mi pomożesz w poszukiwaniach optymalnej formy tego newslettera. Będę wdzięczny za wszystkie uwagi, komentarze i sygnały, które pomogą w dokonywaniu zmian, tak by ten newsletter był, jak najbardziej inspirujący, ciekawy i przydatny.

A teraz, uwaga, uwaga… zaczynamy!

Moje inspiracje: Dzień Świstaka z 1993

Chciałem zacząć od recenzji książki Austina Kleona „Rób swoje. 10 sposobów na kreatywność w każdym czasie”. Napiszę jednak o tej książce za jakiś czas. Wszystko przez samego Kleona. Pierwszy rozdział  książki zatytułował: „Każdy dzień, to Dzień Świstaka”. Gdy zajrzałem do książki, przypomniałem sobie o tym filmie. Pamiętasz go? Jeżeli nie dość dobrze (albo, jeżeli go nie widziałeś), zachęcam, by go obejrzeć (np. na cda.pl). Wczoraj obejrzeliśmy ten film całą rodziną (ja po raz trzeci, żona drugi, córki po raz pierwszy) i wszyscy doskonale się bawiliśmy.

Film jest naprawdę rzadkim przypadkiem lekkości i głębi. To komedia romantyczna z 1993 roku, z Billem Murrayem w roli głównej. Fabuła jest dość prosta. Phil Connors, prezenter pogody przyjeżdża do mieściny Punxsutawney, w której odbywa się Dzień Świstaka. Każdego roku świstak jest wyciągany z klatki i na podstawie tego, czy widzi swój cień, formułowana jest przepowiednia, czy  wiosna skończy się szybko, czy  będzie trwała jeszcze 6 tygodni.

Phil robi swoje, nagrywa materiał i chce jak najszybciej wracać do domu. Niestety ogromna śnieżyca (której miało nie być) krzyżuje mu plany i musi zanocować w Punxsutawney. Następnego dnia… no właśnie, nie ma następnego dnia. Phil Connors budzi się i znowu jest 2 lutego. Ten sam Dzień Świstaka co wczoraj. Tylko on, pamięta, że już to przeżył. Jego czas wpadł w pętlę i ten sam dzień powtarza się dla niego w kółko i w kółko. Reżyser Harold Raims kręcąc film, zakładał, że trwa to 10 lat, po nakręceniu filmu doszedł jednak do wniosku, że raczej 30 czy 40 lat. Phil zatem przeżywa ten sam dzień jakieś kilkanaście tysięcy razy.

Gdy dociera do niego, co się dzieje, jak w dobrej tragedii antycznej rozmawia z chórem (dwoma pijaczkami na kręgielni) i zadaje pytanie:

– Co byś zrobił, gdybyś utknął w jednym miejscu i każdy dzień był dokładnie taki sam i nic co byś robił, nie miało znaczenia?

– Tak właśnie wygląda moje życie — odpowiada rozmówca spod daszka naciągniętej na oczy czapki, wpatrując się w pusty kufel. 

Phil, chcąc się wyrwać, próbuję wszystkiego: od korzystania z życia (skoro nie ma jutra, nie ma kaca; można palić bez ryzyka i jeść co się chce, bez tycia albo każdej kobiecie powiedzieć, że chce się z nią mieć dzieci, bez ryzyka zobowiązań), po serię najprzemyślniejszych samobójstw. Nic nie pomaga. Dzień trwa i trwa. Co przerwie pętlę? Tego nie zdradzę. To twoje zadanie, by to odkryć, nie tylko zresztą, jeżeli chodzi o film. Przede wszystkim, jeżeli chodzi o życie.

Bo, czy nie masz czasem wrażenia, że to wszystko to Dzień Świstaka? Cokolwiek robisz, cokolwiek zmienisz, czegokolwiek nowego spróbujesz, okazuje się, że znowu budzisz się rano i jesteś w tym samym miejscu.

Phil żałuje, że nie powtarza się jakiś wspaniały ciepły dzień, gdy stał na tarasie z piękną dziewczyną, gdzieś pod palmami, a zamiast tego, chłodny dzień na zadupiu. W pełni go rozumiem. Tak, ja też utknąłem w Dniu Świstaka. To jest opowieść o mnie. Próbuję różnych podejść, piszę nowe teksty, medytuję, wymyślam nowe projekty, staram się coś zmienić, ale wciąż o 6:00 budzi mnie ta sama piosenka, w tym samym, cholernym miejscu. Jedyna różnica: więcej zmarszczek, dzieci starsze, mniej cierpliwości.

Jakie jest wyjście z tej pętli? Co mogę zrobić, by życie znów ruszyło z miejsca? Czy jest coś, co naprawdę ma znaczenie?

Każdy sam musi znaleźć wyjście ze swojego Dnia Świstaka. To sprawa niezwykłej wagi. Film z rewelacyjnym Billem Murrayem jest dobrą podpowiedzią. Warto się nim zainspirować.

Nie będziesz się poddawać (kącik Mistrza Yody 😉 )

Usłyszałem: – Kocham tworzyć! To takie przyjemne. Gdy piszę swoje opowiadania, czuję, że żyję.

Jeżeli nie znasz tego uczucia, niewiele stworzysz. Tworzenie jest jednak czymś więcej. Jeżeli liczysz wyłącznie na ścieżkę w słońcu, wśród rozkwitłych kwiatów, ze świergotem ptaków nad głową — także niewiele zrobisz.

Pierwsze prawo tworzenia mówi: pojawiająca się w tobie energia twórcza zawsze budzi zazdrosne demony. Same nie mogąc tworzyć, z zazdrości zrobią wszystko, by nie pozwolić na to także i tobie. Twoja energia twórcza jest jak zapach krwi dla wygłodniałych rekinów, jak widok babeczki z rodzynkami i cynamonem, dla łakomczucha, jak feromony ćmy pawicy, które samiec wyczuwa z trzech kilometrów.

Demony, które nie chcą ci pozwolić na stworzenie tego, za co się zabrałeś, pojawią się prędzej, czy później. Tworzenie bywa spacerem przez kwitnące łąki, bywa jednak i wspinaczką przez mroczne i ponure okolice.

Gdy pisze te słowa, wszystko się sprzysięgło przeciw pisaniu. Sąsiad na górze wierci w podłodze. W nocy ktoś (zapewne ten sam sąsiad) tłukł młotkiem, wybudzając mnie ze snu. Teść walczy od dziesięciu dni z covidem, w związku z czym, mamy ciężki czas (szczególnie żona). Od kilku dni nie wychodziłem na spacer, od ponad roku nigdzie nie wyjeżdżałem, czuję się, jakby ktoś zamknął mnie w klatce. Dodajmy do tego poczucie, że być może to wszystko nie ma sensu, że być może nie mam nic do powiedzenia, że być może lepiej byłoby zająć się czymś innym; jeszcze trochę lenistwa, rozkojarzenia, pokusy by, zamiast pisać,  wsiąknąć w jakieś media społecznościowe… To wszystko sprawia, że jestem na krawędzi i mam ochotę zostawić ten tekst, jeżeli nie na zawsze, to na później (licząc, że to „później” kiedykolwiek nastąpi).

Przykazanie na dziś brzmi: Nie będziesz poddawać się demonom. Nie przerwiesz tworzenia dlatego, że wszystko sprzysięgło się przeciw tobie, ani dlatego, że opadły cię wątpliwości, ani dlatego, że to, co było radosne i lekkie stało się przedzieraniem przez ponure zarośla.

Wiele z demonów to my sami. To ciemne, niezintegrowane strony naszej psychiki, odcięte i projektowane na świat. To, że demon jest częścią mnie samego, nie znaczy, że jest mniej dokuczliwy. Przeciwnie, z tego powodu trudniej go pokonać.

Gdy twój demon pochodzi z zewnątrz i można go usunąć z drogi, zrób to. Porozmawiaj z sąsiadem, a jeżeli nic to nie da, ubierz słuchawki, zaplanuj pracę o innej porze, wezwij policję, albo się przeprowadź.

Jeżeli jednak demon pochodzi z twojego środka, jeżeli w sporej części składa się na niego twój lęk, twój brak wiary w siebie, twoje poczucie winy, twoja złość na siebie, czy jakiekolwiek inne negatywne doznania pod własnym adresem, zamiast walczyć, zmagać się, czy siłować — zlekceważ go. Walka z takim demonem jest stratą czasu — bo im mocniej próbujesz „coś z nim zrobić”, tym silniejszy się staje.

Odważ się na to, by demon był w tobie obecny, jednak swoją uwagę skup na tym, co masz dziś do zrobienia. Jeszcze raz skup się na tekście, na obrazie, pomyśle, czy kodzie.

Ataki demona, początkowo bolesne, z czasem staną się coraz słabsze. Owszem, co jakiś czas będą wracać z przytupem. Trzeba się jednak z tym pogodzić. Nie trać czasu na porządki wewnątrz siebie. Idź do przodu i rób to, co masz dziś do zrobienia.

Austin Kleon w „Róbmy swoje. 10 sposobów na kreatywność w każdym czasie” pisze:

Najważniejsze jest dotrwanie do końca dnia pomimo najgorszych okoliczności. Bez względu na to, jak jest źle, zmierzaj do końca, aby dostać się do dnia jutrzejszego.

Narzędziownia (wprowadzenie)

Narzędzia pracy: sprawa wydaje się banalna i mało istotna.

Weźmy takich pisarzy. Nie wiem, czy ktokolwiek zapytał kiedyś, powiedzmy Czesława Miłosza, jakiej maszyny do pisania używa; nie wiem, czy Wisława Szymborska kiedykolwiek rozwodziła się nad tym, jakiej marki piór (a może długopisów lub ołówków) używa do pisania wierszy. W końcu najważniejsze jest to, co masz w głowie i bez znaczenia, jakich narzędzi użyjesz, by to zapisać. Jeszcze mniej sensu wydają się mieć pytania dotyczące oprogramowania, jakiego używasz. W końcu, co to za różnica, jakiego edytora tekstu użyjesz? Ten sam tekst można napisać w Wordzie, edytorze Google, czy nawet notatniku.

Czy jednak na pewno?

Zgadzam się, że najważniejsze jest to, co masz w środku — twoje wizje, obrazy, idee, pomysły, wyczucie stylu itd. Jednak narzędzia, jakich używamy, mogą nam bardzo ułatwiać, albo utrudniać tworzenie. W moim dawnym wcieleniu byłem robotnikiem (pracowałem przez chwilę w fabryce) i nauczyłem się tego, jak istotny jest wpływ narzędzi na końcowy efekt pracy. Bez odpowiedniego klucza nie odkręcisz śruby, bez odpowiedniego noża nie przetniesz materiału. Źle dobrane albo niesprawne narzędzie sprawi, że twój wysiłek się zmarnuje.

Narzędzia są ważne. Szczególnie dziś, gdy większość z nich ma formę oprogramowania i gdy mamy tak duży ich wybór. Od tego, czy dobrze skompletujesz sobie zestaw narzędzi, zależy spora część efektu twojego tworzenia.

W zależności od tego, co planujesz stworzyć, możesz potrzebować narzędzi, na przykład do:

— pisania,

— ilustrowania,

— obrabiania zdjęć,

— modelowania 3D,

— programowania,

— nagrywania filmów,

— nagrywania audio,

— edytowania,

— montowania,

— publikowania…

Zazwyczaj potrzebujemy także narzędzi do tego, by:

— współpracować z innymi;

— budować społeczność wokół tego, co robimy;

— zwracać uwagę na to, co robimy;

— monetyzować swoją pracę;

— planować czas, projekty i działania;

— monitorować przebieg własnej pracy;

— motywować siebie samego;

— analizować wyniki swojego działania.

Skoro narzędzia są takie ważne, dlaczego nie mielibyśmy, od czasu do czasu zająć się nimi? Na początek coś banalnego.

Narzędziownia: Jakich narzędzi używam do pisania tekstów?

Na początek o narzędziu, które właśnie przede mną: edytor tekstu. Pod tym pojęciem są dwie całkowicie odmienne rzeczy: programy dla programistów (np. Sublime, Notepad++, czy Atom), oraz edytory dla osób pracujących z tekstem (pisarzy, dziennikarzy czy blogerów). Mam na myśli ten drugi rodzaj.

Zły edytor tekstu potrafi zniszczyć całą zabawę z pisania. Potrafi cię wkurzać, rozpraszać, mylić, zawalać cię niepotrzebną robotą niezwiązaną z pisaniem, a na koniec zgubić twój tekst.

Nie znam idealnego edytora tekstu (używam obecnie 4, co znaczy, że z żadnego nie jestem zadowolony). Jednak nawet gdybym miał coś, co działa dokładnie tak, jakbym chciał, to wcale nie oznaczałoby, że to narzędzie będzie tak samo dobre dla ciebie. Każdy potrzebuje znaleźć swoje własne, dopasowane do niego narzędzia.

Oto moje:

Notatnik i pióro. Jestem raczej osobą, która pisze za pomocą klawiatury, niż zostawiając ślad na papierze, to jednak nie znaczy, że nie prowadzę paru notatników. W notatnikach zapisuję (za pomocą kilku piór, jakie mam na biurku) pomysły, fragmenty i idee. Nie chodzę z notatnikami po świecie (mam na tyle dobrą pamięć, że nie zapominam pomysłów od razu). Wystarczy, że leżą w jakimś stały miejscu.

W notatnikach tylko notuję, piszę najczęściej w edytorze Scrivener(jak te słowa). To edytor stworzony z myślą o autorach książek. Jest na tyle dobry, że po spróbowaniu go (wersja bezpłatna działa przez miesiąc) zdecydowałem się na jego zakup. Używam go już chyba z pięć lat.

Trzy rzeczy, które w nim najbardziej lubię to po pierwsze, łatwość przełączania go w tryb minimalny. Wystarczy jeden przycisk, by widzieć tylko i wyłącznie tekst, który piszę — bez żadnego menu ani czegokolwiek na ekranie. Po drugie przystosowanie do pracy z wieloma tekstami. Możesz rozbić swój tekst na pod-teksty, a potem przestawiać je, inaczej ustawiać (np. jako karty indeksowe). Po trzecie, bardzo łatwe eksportowanie tekstów do innych formatów (łącznie z ebookami).

Czego w nim nie lubię? Po pierwsze dość trudno się go nauczyć. Po paru latach jestem w nim biegły, nie mniej jednak trochę energii zabrało mi zrozumienie wszystkiego i dopracowanie się odpowiednich ustawień i nawyków. Po drugie, to coś, co być może wynika z moich własnych słabości. To, co piszę, dość łatwo się w nim rozrasta w zbyt długie formy. Skoro książka jest zbiorem tekstów, możesz dodawać kolejne rozdziały tak długo, aż…zapomnisz, co było na początku. W prostszych edytorach łatwiej jest poczuć całość dzieła.

Dlatego wciąż używam także edytora Word. (w Wordzie podoba mi się tylko to, że znam go na wylot). Wrzucam (nazywa się to kompilowaniem) książkę ze Scrivenera do pliku .docx, otwieram i w ten sposób mam poczucie całości tego, co piszę. Lepiej by było wydrukować, ale to zbyt drogie.

Trzeci edytor, którego używam to edytor tekstów z Google Docs. Lubię w nim to, że jest całkowicie bezpłatny i aby uzyskać do niego dostęp, wystarczy mieć przeglądarkę. Dobre jest także to, że wszystko zapisuje się w chmurze i nawet gdy coś jest nie tak z twoim komputerem, twoja praca pozostaje zapisana.

Kolejna rzecz, która mi się w nim bardzo podoba to możliwość pisania głosowego (dostępna tylko w przeglądarce Chrome: menu „Narzędzia”, pozycja „Pisanie Głosowe”). Mówisz do komputera, a on automatycznie zapisuje twoje słowa. Nie jest to oczywiście idealne, czasem pojawiają się błędy, jeżeli jednak zależy ci na szybkim wyrzuceniu czegoś z siebie, albo nie masz siły, żeby wklepywać wszystko za pomocą klawiatury — jest to jakieś rozwiązanie. (ten akapit został w całości podyktowany, interpunkcję uzupełniłem potem).

Ostatni edytor, którego używam to FocusWriter. To jeden z tych prostych „distraction-free” edytorów (inne to np. OmmWriter lub WriteMonkey).  Używam go głównie dlatego, że nie jest żadnym z pozostałych. Stosuję go tylko i wyłącznie do mojego hobby, jakim jest pisanie opowiadań. To prosty, minimalistyczny edytor, w którym nie ma mowy o pracy z większym tekstem, ale który ma jednak kilka fajnych funkcji — np. liczy ci, od jak dawna utrzymujesz swój łańcuch (w moim przypadku 250 słów codziennego pisania).

To wszystko na ten tydzień,

Dziękuję za uwagę. Następny list za tydzień. Będę wdzięczny za wszystkie uwagi i komentarze. Co było ok, a co trzeba zmienić?

Serdecznie pozdrawiam i życzę dobrego tygodnia,

Zbyszek

2 komentarze

  1. Podoba mi sie ten “jeszcze nie do konca wiem jak to bedzie wygladac” eksperyment 🙂

    Faktycznie czesto jedyna rzecza jaka nas powstrzymuje jest strach przed rozpoczeciem, bardzo czesto go odczuwam, ale potem zaczynam dzialac i wszystkie te, jak piszesz, demony, rozpraszaja sie w momencie podjecia jakiejs akcji.

    Niestety mnie blokuje jeszcze jedna kwestia, z ktora czasem sobie nie radze, a brzmi ona „a co jesli jest juz za pozno?”.
    wiem, ze w teorii nigdy nie jest za pozno zeby sie czegos nauczyc, jednak dopadaja mnie ostatnio dosyc czesto takie mysli i fajnie jakbys moze napisal jak z tym sobie poradzic i sie im nie poddawac, bo z jednej strony chcialabym robic wiele rzeczy (pisac, rysowac, montowac filmy, robic zdjecia) a z drugiej umysl krzyczy, ze mam sie zajac czyms powaznym, a mnie ciagnie tylko do typowo artystycznej dzialalnosci i czasem przytlacza mnie to uczucie niespelnienia, a spelnienie jawi na horyzoncie jakiejs odleglej rzeczywistosci.

    Dziekuje Ci za ten wpis, jest swietny i robisz to dobrze.

    • Bardzo dziękuję za ten komentarz i sugestię ważnego podzielanie się ważnym tematem. „A co, jeśli za późno?” Wczoraj uderzyły mnie wyczytane gdzieś słowa „Dopóki płonie twa świeca, wszystko jeszcze da się naprawić” – może to nie do końca to, ale ostatnio też mnie to męczyło. Napiszę o tym. Dziękuję 🙂

Zostaw komentarz