Dlaczego zabawa jest ważna i jak dobrze się bawić podczas tworzenia?

Jako dzieci wciąż coś tworzymy: rysujemy, śpiewamy, wymyślamy historyjki. Przychodzi to nam lekko, bez wysiłku. Jako dorośli, mimo że mamy znacznie więcej możliwości, doznajemy „twórczych mąk”. Dlaczego? Bo dzieci się „bawią”, a my „pracujemy”. Zabawa jest elementem, bez którego tworzenie kosztuje nas więcej, niż powinno. To nie znaczy, że tworzenie jest tylko zabawą – jest zarówno zabawą, jak i pracą. Jednak pierwsze zadanie polega na tym, by wprowadzić do niego więcej lekkości. Jak to zrobić? Kilka uwag w tekście z tego tygodnia.

Urodzeni artyści

Na mojej ścianie wisi co najmniej pięć niezwykle ciekawych dzieł. Lubię szczególnie jedno z nich, oprawione w solidną ramę, jaka przystoi poważnemu obrazowi. Artystka umieściła na nim dwie kontrastowe plamy, które są poprzecinane dynamicznymi, białymi liniami, zostawiła też różnokolorowe odciski swoich dłoni. Jest to dzieło abstrakcyjne, ale emocje aż w nim kipią. Czuć radość, zadowolenie, nadzieję, dynamizm, bieg… Obraz wisi tuż obok reprodukcji dzieła mojego ulubionego Joana Miró (to jego obraz znajduje się w tle nagłówka tego tekstu) i jest w nim sporo podobieństw. Kto jest autorem? 3-letnie dziecko. Gdy powiem, że to moja córka, wszyscy stwierdzą: a tak, każdy rodzic jest zakochany w dziełach swoich dzieci, nieważne co narysują.

Owszem. Ale oprócz tego, że kochamy bohomazy naszych pociech, rysunki dzieci mają w sobie coś niezwykłego. W trakcie studiów miałem szczęście brać udział w seminarium z rysunku dziecka. Co jakiś czas chodziliśmy do przedszkoli, prosiliśmy dzieci o sporządzanie dla nas rysunków i obserwowaliśmy je w trakcie ich tworzenia. Potem braliśmy ze sobą rysunek i analizowaliśmy. Większość rysunków to były niezwykle ciekawe, pełne ekspresji dzieła. Nie wszystkie, zdarzały się dzieci znudzone i zmanierowane, jednak gdyby na miejscu dzieci postawić taką samą ilość przypadkowo dobranych dorosłych (przedszkola były przeciętnymi osiedlowymi placówkami) trudno byłoby znaleźć cokolwiek ciekawego.

Dzieci potrafią coś, o czym wielu dorosłych zapomina. Córka pyta tatę, co takiego robi przez cały dzień.

– Uczę rysować – odpowiada, bo pracuje jako nauczyciel na artystycznej uczelni.

— Dzieci?

— Nie, dorosłych.

– Naprawdę? To oni już zapomnieli?

O wielu rzeczach, jakie umieliśmy w dzieciństwie, szybko zapominamy. Wiele osób dorosłych ostatni raz trzymało w dłoni pędzel albo kredkę w szkole podstawowej. Jak to się dzieje, że jako dzieci wszyscy rysujemy i to z wielką przyjemnością, a jako dorośli nie mamy nawet swoich kredek, farb czy bloku rysunkowego?

Sprawa nie dotyczy tylko rysunku. Jako dzieci wciąż coś tworzymy: rysujemy, śpiewamy, wymyślamy historyjki, układamy piosenki, odgrywamy role, budujemy domki pod stołem, lepimy bałwany i babki z piasku, pleciemy wianki z kwiatów, wymyślamy zagadki i łamigłówki, obyślamy własne zabawy itp. Robimy to wszystko w sposób nieskrępowany, lekki, bez wysiłku. A jako dorośli, mimo że mamy znacznie więcej możliwości tworzenia, unikamy jakichkolwiek twórczych zadań, a gdy już się za nie zabieramy, czujemy się, jakby nam ktoś kazał zjeść obiad składający się z samego szpinaku.

Czy aż tak bardzo zmieniły nam się gusta? To, co było takie przyjemne (tworzenie), stało się odrażające, a to, co było odrażające (szpinak), stało się, jeżeli nie przyjemne to przynajmniej znośne?

A może zachodzi w nas jakaś poważniejsza zmiana? Tego zdania był Picasso, który kiedyś powiedział:

Każde dziecko jest artystą. Wyzwaniem jest pozostać artystą, kiedy się dorośnie.

Pablo Picasso

Dziecko jest artystą, samo z siebie, bez wysiłku, bez starania. Dziecko nie potrzebuje „kursów kreatywności”, jakie czasem można spotkać w niektórych przedszkolach. Przed grupą pełnych nieskrępowanej energii, widzących świat świeżym, zaledwie kilkuletnim okiem małych ludzi staje ktoś, kto zdążył już się znudzić i przystosować, kto niczego nowego nie tworzy, a jedynie odtwarza konspekty. Trochę to przypomina „kursy pożycia małżeńskiego” prowadzone przez pozostającego w celibacie księdza. To dzieci, póki nie zostaną zablokowane, złamane, przystosowane są mistrzami twórczości i kreatywności.

Zaczyna mi zależeć

Zuzia, która narysowała ten pełen dynamizmu obrazek, jest dziś szesnastoletnią Zuzanną. Zdarza jej się tworzyć z taką samą energią jak kiedyś: nagrywa piosenki, pisze opowiadania, rysuje, robi kolaże. Zdarza jej się jednak także coś, czego dawniej nie było.

— I jak tam, skończyłaś to opowiadanie, o którym mi mówiłaś? – zapytałem ją dzisiaj.

— Nie — odpowiedziała z marsową miną.

— Jakieś problemy?

— To jest bez sensu. I tak nikt tego nie przeczyta. I tak to nie jest dobre. Mam dość już tego pisania…

Tworzenie w którymś momencie przestaje być dobrą zabawą i zaczyna być ciężarem. Staje się zmaganiem, męką twórczą, znojem, pracą, robotą. Bez znaczenia jest to, czy to dla nas zawód, czy hobby. Ciężar pojawia się nawet wtedy, gdy tworzymy „po godzinach”.

Dzieci są artystami, bo nie tworzą „na poważnie”. Nie uzależniają od efektów tego, co robią swojej samooceny („jak mi nie wyjdzie, to jestem do niczego”). Nie drżą o to, czy ich dzieło zawiśnie na ścianie, czy trafi do kosza. Nie analizują, czy ktoś doceni głębię wyrazu, czy też wzruszy ramionami.

Jednak w którymś momencie zaczyna nam zależeć. Chcemy dobrze wypaść, chcemy być pochwaleni. Chcemy mieć lepsze perspektywy. Na efekcie tworzenia (napiszę dobry wiersz, narysuję wspaniały rysunek, świetnie coś odegram itp.) opieramy swoje plany (ktoś mnie opublikuje, dostanę się do szkoły artystycznej, dostanę główną rolę w przedstawieniu itp.).

Tworzenie zaczyna być poważnym zajęciem. Tracimy lekkość. Nasza energia twórcza zaczyna się blokować.

Niezbędne połączenie

Miałem napisać, że tworzenie powinno być czystą zabawą. Ale to nie do końca tak. Tworzenie nie jest ani tym, co zazwyczaj nazywamy pracą, ani tym, co zazwyczaj nazywamy zabawą. Tworzenie jest działaniem, w którym jest obecna zarówno praca, jak i zabawa. Siostra Corita Kent wymyśliła nawet specjalne słowo: plork, które jest zlepkiem dwóch słów: play (zabawa) i work (praca). Bez lekkości zabawy i bez determinacji pracy, nasza energia twórcza się blokuje.

Zazwyczaj przeciwstawiamy sobie te dwa pojęcia: czymś innym jest praca, czymś innym zabawa. Połączenie pracy i zabawy wydaje się receptą na porażkę. „Albo się bawisz, albo uczysz” – mówimy do dzieci, gdy próbują podczas odrabiania zadań oglądać filmiki czy grać. „Będziesz mogła się pobawić, gdy odrobisz, to co masz zadane” — to oczywiście słuszna zasada, jednak nie dlatego, że praca (czyli w tym przypadku nauka) to coś zupełnie innego niż zabawa, tylko dlatego, że robienie dwóch różnych rzeczy naraz nie jest dobrym pomysłem.

Co by jednak było, gdyby nauka okazała się zabawą: gdyby odrabianie zadań było przyjemnością nie mniejszą niż gra komputerowa? Dzieci byłyby w stanie uczyć się bez porównania więcej, lepiej i szybciej.

Dzieci przedszkolne uwielbiają bawić się w szkołę. Wiele z nich nie może się doczekać tego, aż będą mogły pisać dyktanda, czy odrabiać lekcje. Szybko jednak, w przypadku większości z nich, postawa diametralnie się zmienia. Nagle okazuje się, że szkoła to nie jest zabawa, ale ciężka praca.

Jednym z powodów jest to, jak radzą sobie nauczyciele. Wielu z nich prowadzi lekcje w tak zniechęcający sposób, że trudno się dziwić. Jednak drugą przyczyną jest postawa (czy sposób patrzenia), jaką dzieci przejmują od dorosłych. Zgodnie z nim zabawa i praca to coś, czego nie da się połączyć. Zabawa jest przyjemna, ale nigdzie nie prowadzi. Praca wiąże się z wysiłkiem i znojem, ale dzięki niej można potem rozsiąść się wygodnie i kontemplować osiągnięcia.

Częścią tego błędnego podejścia do działania jest także przekonanie, że o tym, czy coś jest zabawą, a coś pracą decyduje rodzaj czynności. Bieganie po korytarzu za innymi dziećmi jest zabawą, rozwiązywanie zadań z matematyki jest pracą. Gra komputerowa jest zabawą, czytanie lektury pracą. Pracą jest zamiatanie podłogi, zabawą huśtanie się na placu zabaw.

Jednak w rzeczywistości to, czy coś jest pracą, czy zabawą nie wypływa z rodzaju czynności, ale z naszej interpretacji. Możemy to jednak zmienić.

Zmiana interpretacji

Świetnie pokazał to Mark Twain. Na pewno znasz tę scenę, ale na wszelki wypadek ją przywołajmy. Tomek Sawyer, uziemiony za karę przez ciotkę Polly, stoi przed płotem z puszką farby i pędzlem. Zza rogu wychodzi kolega Tomka Ben, wolny człowiek, przed którym otworem stoją sobotnie przyjemności. Ben idzie, gryząc jabłko i udając, że jest parowcem. Zatrzymuje się obok Tomka.

— He, he. Mamy kłopoty, co?
Cisza. Tomek malował jak gdyby nigdy nic. Z miną artysty ocenił swoje ostatnie pociągnięcia, potem jeszcze raz delikatnie przyjrzał się efektom.
— Musimy pracować, co, chłopie?
Tomek odwrócił się gwałtownie i powiedział:
— A, to ty, Ben! Nie zauważyłem cię.
— Słuchaj, idę popływać. Pewnie też byś poszedł, co? Ale nie, ty oczywiście wolisz swoją robotę, nie?
— Co nazywasz robotą?
— No jak to, a to nie jest robota?
Tomek wrócił do malowania i obojętnym tonem powiedział:
— Może jest, a może nie jest.
— No coś ty! Chyba nie powiesz, że to lubisz.
Pędzel dalej przemierzał płot.
—Nie lubię? A niby czemu miałbym nie lubić? W końcu nie każdy może sobie codziennie malować płoty.
Tomek przedstawił sprawę w całkiem nowym świetle.— Słuchaj Tomek, daj mi chwilę pomalować.

Pod koniec dnia, płot jest kilkakrotnie pomalowany przez wszystkich chłopców z miasteczka, którzy nie tylko robią to z nabożnym skupieniem, ale też płacą za ten przywilej swoimi skarbami (na pierwszy ogień jabłko Bena).

Tomek nie oszukał kolegów. Jedynie zmienił ich sposób patrzenia. Pokazał zajęcie, które na pierwszy rzut oka wydawało się ciężarem, jako przyjemność. Co więcej, obietnica przyjemności się zrealizowała. Malowanie z pełnym skupieniem okazało się naprawdę fajnym zajęciem.

Przestawianie patrzenia

Tomek Sawyer przestawił patrzenie chłopców z „roboty” na „przyjemność”. Częściej tego rodzaju zmiana zachodzi w odwrotną stronę. Na początku jest: „Nie mogę się doczekać tego, aż zacznę pisać swoje rzeczy”. „Nie mogę się doczekać, aż zacznę rysować”. „Nie mogę się doczekać, aż zacznę śpiewać”. Potem w jakiś dziwny sposób, moje pisanie, rysowanie czy śpiewanie staje się mozołem i udręką. Czymś, za co nie mogę się zabrać, bo jest ciężką pracą.

Dzieje się tak niemal zawsze, gdy zaczynają nam za coś płacić. Lubiłeś pisać, teraz zaczęli ci płacić wierszówkę i… „to ciężka robota!”.

Niekoniecznie muszą płacić pieniędzmi, czasem wystarczy pochwałami albo zwróceniem na ciebie uwagi. Czasem my sami zaczynamy sobie płacić obietnicami: „Gdy to skończę, będę wielki”, „Gdy to zrobię, przyszłość będzie stała przede mną otworem” itp.

Nie ważny czym jesteśmy opłacani, ponieważ zależy nam na tym, co dostaniemy w zamian, czujemy, że musimy to zrobić. Jeżeli zależy mi na nagrodzie, muszę tylko wykonać zadanie. Zajęcie nagle traci urok zabawy i przesuwa się w stronę znojnej, męczącej pracy.

Jak na powrót zobaczyć nasze zajęcie z perspektywy zabawy? Jak zmienić to nasze uprzykrzone malowanie płotów (pisanie tekstów, uczenie się, rysowanie, prowadzenie szkoleń, rozmawianie z klientami itp.), z powrotem w pełne powabu fascynujące, warte zachodu malowanie płotów?

Cztery rady

Po pierwsze zlekceważ nagrody, które są na zewnątrz ciebie, drugie doceń (najczęściej na powrót) nagrody wewnątrz ciebie (przyjemność samego działania), po trzecie bądź realistą – nie wymagaj od siebie zbyt wiele, a po czwarte – uśmiechaj się.

Gdy zastosujesz te sposoby, twoje twórcze działanie przez dłuższy czas będzie sprawiało ci przyjemność. Szkolenia, które zaczniesz prowadzić, nie zmienią się tak szybko w znój. Pisanie tekstów nie zmieni się tak szybko w mękę (mniej czy bardziej twórczą). Prowadzenie firmy nie zmieni się tak szybko w „cholera, znowu coś do roboty”.

A gdy twoje tworzenie już zdążyło stać się znojem, być może uda ci się przywrócić mu ten utracony smak.

To jednak nie znaczy, że gdy ci się to uda, tworzenie będzie już tylko lekkie, przyjemne i bezproblemowe. Im więcej zabawy i związanego z nią poczucia lekkości, tym więcej energii twórczej, jednak równocześnie im więcej pracy (i związanego z nią poczucia determinacji) również więcej energii. Tworzyć z energią to połączyć zarówno pracę, jak i zabawę — zarówno działać lekko, jak i z przejęciem.

Pracą zajmiemy się w innym tekście, teraz skupiamy się na tym, jak lepiej bawić się podczas tworzenia.

Zlekceważ owocowanie, skup się na kiełkowaniu

Ten motyw przewija się przez cały tekst, ale nich będzie, jeszcze raz: tworzenie zaczyna być udręką, gdy zbyt mocno zależy nam na efektach, na tym, by zostać pochwalonym, dobrze ocenionym czy dostrzeżonym, a także na tym, by poczuć dumę, czy zadowolenie z siebie samego.

Im większa nagroda i im bardziej mi na niej zależy, tym większa blokada. Im większa blokada, tym więcej zmagania. Energia, zamiast zostać wykorzystana na tworzenie, jest zużywana na pokonywanie oporów.

Zhuangzi pisał jakieś 25 wieków temu:

Kiedy łucznik strzela za darmo, wszystko mu się udaje.
Jeśli strzela dla zapinki z brązu, robi się niespokojny.
Gdy zaś strzela o sztukę złota, ślepnie albo dwoi mu się w oczach.
Całkiem traci głowę!
Nie żeby mniej umiał. Ale nagroda sprawia, że się rozprasza. Dokłada starań.
Myśli bardziej o wygranej niż o strzelaniu.
I ten głód zwycięstwa pozbawia go zręczności.

„Droga Chuang Tzu” w przekładzie Thomasa Mertona

Kto tego nie zna? Znajomy zapytał mnie, co myślę na temat nowego systemu. Odpowiadam mu płynnie, bez wahania, moje argumenty są logiczne, mowa przekonująca. To samo pytanie dostaję na forum firmy. Wśród słuchaczy wiele ważnych osób, od ich reakcji sporo zależy. Nagle znajduję się w sytuacji strzelania o sztukę złota. Nie żebym mniej umiał, ale teraz dukam, jąkam się i plącze.

Nagroda nie musi pochodzić z zewnątrz. Piszę ten tekst i mówię: „Muszę to ująć najlepiej, jak można. To musi być kompletne, wyczerpujące. To, co mi wyjdzie, musi mnie samemu się spodobać.” A jeżeli mi się to uda to co? Przyznam sobie w nagrodę spinkę z brązu!

Zlekceważ, na tyle na ile cię stać efekty twojej twórczości. Wyjdzie to, co wyjdzie. Nie jest to aż takie kluczowe, czy ten tekst będzie zapierał dech w piersiach, czy coś nie będzie się powtarzało itp. Odspawaj się od tego ciągłego myślenia o tym, jaki prezent dostaniesz, gdy sobie dobrze poradzisz. Ważne jest to, co się dzieje teraz, w tej chwili.

To nie oznacza, że masz podchodzić do tego, co robisz w niestaranny sposób. Bądź staranny, obecny, skupiony, ale nie przenoś się wciąż do momentu rozpakowywania prezentów (albo otrzymywania batów).

Jeszcze raz skok o 25 wieków do tyłu. Staroindyjska Bhagawadgita nie jest opisem tego, jak dobrze się bawić, choć wiele jej fragmentów zawiera podpowiedzi jak działać w skuteczny sposób. Bóg Kriszna objawia się wojownikowi, który ma problem w rodzaju „Robić to, czy nie robić?”. Szarpiącemu się w swoich wątpliwościach wojownikowi, Kriszna serwuje szereg lekcji. Mówi między innymi:

Oddaj się w służbę czynu, ale nigdy — jego owoców.
Niech nie kieruje tobą owoc czynu! Nie pogrążaj się jednak w bezczynności.
Spełniaj swój czyn wolny od przywiązania do jego owoców.

Czy to oznacza masochizm albo cierpiętnictwo? W odniesieniu do tworzenia na pewno nie. Maya Angelou, którą cytowałem w poprzednim tekście, mówi: „Nagroda za dokonanie czegoś mieści się w samym dokonaniu”.

Jeżeli chodzi o tworzenie tzw. odroczona gratyfikacja (cierpię teraz, czerpię przyjemność potem) nie jest zazwyczaj najlepszym pomysłem. Szukaj przyjemności nie kiedyś tam, ale teraz, gdy jeszcze niczego nie skończyłeś.

Przez ostatnie 50 dni codziennie pisałem jeden kawałek prozy. Początkowo robiłem to po to, by się rozwinąć i być może w przyszłości napisać coś większego. Myślałem nawet o publikowaniu moich ćwiczeń, by w jakiś sposób się promować. Jednak po jakichś 3 tygodniach dotarło do mnie, że tak łatwo nie jest. Że wcale nie poprawiam (w każdym razie w zauważalny sposób) swojego warsztatu. Publikowanie wyleciało mi z głowy. Nagrody zniknęły. Okazało się jednak, że niemal każda sesja była przyjemnością samą w sobie. Czymś w rodzaju gry fabularnej, którą toczyłem we własnej wyobraźni. Największą nagrodą za te 50 dni, było właśnie tych 50 dni.

Ćwiczenie Kurta Vonneguta

By nauczyć się tego rodzaju postawy lekceważenia owoców, być może pomocne będzie ćwiczenie zaproponowane przez autora „Kociej kołyski”. Gdy miał już 84 lata, uczniowie jednej ze szkół, wraz ze swoją nauczycielką (niejaką panią Lockwood) poprosili go o przyjazd. Z racji wieku (jak napisał: Najbardziej przypominam teraz pomarszczoną iguanę) nie przyjechał, wysłał im jednak list. Pisał w nim, między innymi:

Oto wasze zadanie na dzisiejszy wieczór i mam nadzieję, że pani Lockwood obleje każdego, kto go nie wykona: Niech każdy z was napisze sześcioliniowy wiersz, o czymkolwiek, ale rymowany. Zróbcie to tak dobrze, jak tylko możecie. Ale nie mówcie nikomu o tym, co robicie. Nie pokazujcie wiersza ani nie recytujcie nikomu, nawet swojej dziewczynie, rodzicom, czy komukolwiek innemu, nawet pani Lockwood. W porządku?

Potem podrzyj wiersz na małe kawałeczki i wyrzuć do osobnych pojemników na śmieci. Przekonasz się, że już zostałeś hojnie nagrodzony za swój wiersz. Doświadczyłeś stawania się, wiele dowiedziałeś się o tym, co jest w twoim wnętrzu, i sprawiłeś, że twoja dusza wzrosła.

Kurt Vonnegut

Zwolnij i skup się na tym, co robisz

Przyjemność nie jest zazwyczaj ukryta w samej czynności, ale w sposobie, w jaki do niej podchodzimy. Naprawdę? A takie zmywanie naczyń? Kto lubi zmywać naczynia? Całe szczęście mamy zmywarki! Jakiś czas temu nasza zmywarka się zepsuła. W kuchni zaczęły pojawiać się góry nieumytych kubków, misek, talerzy i sztućców. Tak się złożyło, że w tym okresie trafiła w moje ręce książka wietnamskiego mnicha Tchich Nhat Hanha, w której jako codzienne ćwiczenie medytacyjne, oprócz takich rzeczy jak podążania za oddechem, czy medytacja współczucia, znalazło się zmywanie naczyń. Mnich pisze:

Zmywaj tak, jakby każda miska była przedmiotem kontemplacji. Traktuj każdą miskę z szacunkiem i czcią. Nie pracuj w pośpiechu, by jak najprędzej mieć to za sobą. Niech zmywanie naczyń będzie najważniejszą rzeczą w życiu.

Thich Nhat Hanh „Cud uważności. Prosty podręcznik medytacji”

Spróbowałem i okazało się, że mycie naczyń nie jest tak nieprzyjemne, jak mi się do tej pory wydawało. Przeciwnie, jest relaksujące, uspokaja, a nawet pomaga zebrać siły. Żeby poczuć z czegoś przyjemność, trzeba się na tym w pełni skupić. Z im większą uważnością do czegoś podchodzisz, tym większe prawdopodobieństwo, że da ci to przyjemność.

Gdy jakieś zadanie chcę mieć jak najszybciej za sobą (bo uważam je za nieciekawe albo ktoś mi je kazał wykonać), działam pobieżnie, bez skupienia, bez przyglądania się temu, co się dzieje. Jest tak szczególnie wtedy, gdy jest to prosta praca, którą można wykonywać na autopilocie. Jeżeli nie mogę przy tym zająć czymś głowy (np. słuchać radia, albo z kimś rozmawiać), zajęcie staje się naprawdę męczącą robotą.

Jednak to samo zajęcie wykonywane z pełną uwagą może zacząć dostarczać nam satysfakcji.

Spróbuj, gdy następnym razem będziesz zamiatać, czy odkurzać. Zamiast śpieszyć się i jak najszybciej odfajkować sprawę, stań się w pełni obecna. Zacznij zwracać uwagę na szczegóły; zacznij dostrzegać, co się dzieje, gdy przeciągasz miotłą po podłodze; poszukaj jakiś nowych sposobów robienia tego samego; zastanów się, czy nie zapominasz o jakiś miejscach, gdzie jeszcze można znaleźć kurze. Taka aktywna postawa zwracania uwagi na to, co robisz, dostrzeganie nowych rzeczy, szukanie nowych sposobów, zwracanie uwagi na efekty działań – to istota twórczego działania. Niczego nie zmienia fakt, że mamy do czynienia ze sprzątaniem, a nie np. malowaniem obrazu. Uważnie posprzątane mieszkanie jest dziełem sztuki.

W ten sposób można polubić rzeczy, których do tej pory nie lubiliśmy. Podobny mechanizm można zaobserwować, gdy coś, co do tej pory lubiliśmy, przestaje być przyjemnością. Często dzieje się tak dlatego, że nasze umiejętności rosną i możemy sobie pozwolić na autopilota. Myśli zaczynają błądzić, zaczynamy robić kilka rzeczy naraz i cała przyjemność, jaką do tej pory czuliśmy, znika. By to odkręcić, przydaje się ćwiczenie ze zmywaniem czy zamiataniem.

Gdy dopada cię znudzenie, odłóż na bok inne rzeczy. Zwolnij. Skoncentruj się. Zacznij dostrzegać różnice i nowe rzeczy. Bądź w pełni obecna.

Obniż poprzeczkę

Pochodzący z Węgier, amerykański psycholog Mihaly Csikszentmihalyi jest znany z tego, że wprowadził do psychologii koncepcję flow (przepływu). To stan, w którym robisz coś i masz poczucie głębokiej satysfakcji i przyjemności. Zapominasz o całym świecie, zatracasz się w tym, co robisz, często tracisz poczucie czasu. To nawet coś więcej niż zabawa, czy przyjemność. Człowiek ma wtedy skrzydła, frunie (lub jak chce Csikszentmihalyi — płynie). Jakiekolwiek twórcze działanie jest w takim stanie pozbawione wydatków energetycznych. Nie wydatkujemy, ale czerpiemy energię.

Flow występuję jednak w określonych warunkach. Nie pojawia się wtedy, gdy zadanie, jakie przed nami stoi jest zbyt łatwe – mamy wówczas do czynienia ze znudzeniem. To nic przyjemnego grać w tenisa z kimś, kto jest dziesięć razy słabszy ode mnie. Jednak flow nie pojawi się także, gdy zadanie jest zbyt trudne, zamiast energii czujemy wtedy przytłoczenie, niepokój i zdołowanie. Nie ma nic przyjemnego w grze w tenisa z kimś, kto jest dziesięć razy lepszy ode mnie. By gra w tenisa była przyjemnością, mój przeciwnik powinien być w moim zasięgu, mniej więcej na tym samym poziomie co ja (najlepiej, by był nieco lepszy, szczególnie wtedy, gdy wierzę, że jestem w stanie go pokonać). Gra staje się wtedy pochłaniająca.

Gdy coś tworzymy, często to my sami ustawiamy sobie poprzeczkę tak wysoko, że zamiast przyjemności i przepływu doznajemy przytłoczenia i niepokoju.

Gubimy przyjemność, gdy chcemy od siebie zbyt wiele. Gdy nasze aspiracje dramatycznie przekraczają nasze realne możliwości, czujemy się zagubieni. By czuć przyjemność z tego, co robisz, twoje oczekiwania powinny uwzględniać twoje rzeczywiste możliwości. Mogą je przekraczać, ale nie o kilkaset procent. Wystarczy kilkanaście, czy góra kilkadziesiąt.

To naturalne, że gdy uprawiasz jakąkolwiek sztukę, czy cokolwiek tworzysz, chcesz zrobić to najlepiej, chcesz sięgnąć gwiazd. To dobre, ale taka postawa, gdy trzymamy się jej w sposób uparty i sztywny, prowadzi do nieuchronnej blokady twórczej. Po którymś niepowodzeniu, wszystko nas przytłacza, wszystko staje się pozbawione sensu, wszystko jest zbyt przerażające. Mamy ochotę machnąć ręką, odpuścić, wycofać się. Cała przyjemność, pasja, przepływ się ulotniły.

Aby się odblokować z takiego kryzysu twórczego i na powrót doświadczyć przyjemności tworzenia, trzeba nauczyć się, przynajmniej raz na jakiś czas odpuszczać sobie aspiracje.

Sol DeWitt, jeden z istotnych artystów konceptualnych, napisał kiedyś w liście do zmagającej się z blokadą twórczą rzeźbiarki Evy Hess:

Musisz spróbować, jak to jest być głupią, tępą, niemyślącą, pustą. Wtedy będziesz w stanie ROBIĆ.

Spróbuj stworzyć jakąś ZŁĄ pracę – najgorszą, jaką możesz i zobacz, co się stanie.

Przede wszystkim jednak zrelaksuj się i pozwól, by wszystko poszło w diabły. Naucz się raz na jakiś czas powiedzieć światu „FUCK YOU”.

Sol DeWitt w liście do Evy Hesse

Pieprzyć to wszystko, naprawdę muszę tworzyć wielkie rzeczy? Naprawdę wszystko musi być takie doskonałe? Naprawdę muszę być wielki? Masz prawo robić byle co, masz prawo tworzyć całkowite badziewie. Dlaczego nie? Dzieci nie dbają o to, czy to, co tworzą, będzie wielkie i czy będzie wyrazem ich prawdziwych możliwości. I między innymi z tego powodu mają w sobie tyle energii.

To jeden z wielu paradoksów, które wiążą się z energią twórczą: aby stworzyć coś wielkiego, trzeba pogodzić się z tym, że zrobisz byle co.

Uśmiechnij się

W jaki sposób rozpoznać, bez zadawania pytań, albo zaglądania komuś do głowy, że coś wiąże się z przyjemnością? Po uśmiechu. Mimika (nie tylko ludzi, także innych ssaków) automatycznie wyraża przyjemność. Nawet pyszczek szczurów, gdy dostają cukier, przybiera specyficzny wyraz, który naukowcy prowadzący nad nimi badania są w stanie rozpoznać.

Dzieci, gdy robią coś przyjemnego, wybuchają śmiechem, podskakują, śpiewają, czy wydają okrzyki (moja młodsza córka, która w pokoju obok ma jakąś niezmiernie ciekawą zdalną lekcje, przed chwilą z radości nawet stukała w ścianę).

Co ważne relacja pomiędzy wyrazem radości a odczuciem radości działa w obie strony. Uśmiechamy się, gdy jesteśmy radośni, ale także stajemy się bardziej radośni, gdy się uśmiechamy. W pewnym eksperymencie psychologicznym okazało się, że gdy badane osoby podnosiły kąciki ust w sposób naśladujący uśmiech (poproszono je, by trzymały w ustach ołówek, nie dotykając go wargami, zaangażowane są wtedy te same mięśnie co podczas uśmiechu), osoby te czuły się bardziej radosne, niż wtedy, gdy tego nie robiły.

Nie znaczy to, że trzeba tworzyć z ołówkiem w ustach, warto jednak podczas tworzenia, od czasu do czasu się uśmiechnąć. Może nawet szczególnie wtedy, gdy nie idzie nam najlepiej. Tym bardziej, jeżeli w tym, co robisz, masz kontakt z drugą osobą — gdy np. prowadzisz szkolenia, sesje coachingowe czy w jakikolwiek sposób pracujesz z ludźmi. Humor, uśmiech, zabawa, żart — to podnosi poziom energii twórczej. Ludzie, którzy są ustawicznie ponurzy, do wszystkiego podchodzą śmiertelnie poważnie, często są bardzo ograniczeni twórczo. Nie zawsze jest nam do śmiechu podczas twórczego działania, ale gdy tylko to możliwe warto po prostu dobrze się bawić.

2 komentarze

Zostaw komentarz