Czy to nie jest grafomania?

Do tej pory bardziej skupialiśmy się na samej robocie (na siedzeniu za klawiaturą, szarpaniu strun, rozwiązywaniu łamigłówek programistycznych, trzymaniu w ręku pędzla itp.). Ale co potem? Gdy już coś zrobisz (napiszesz, namalujesz, skomponujesz itp.) masz dwie możliwości. Pierwsza: wyjść z tym do świata, znaleźć publiczność i podzielić się z kimś swoim dziełem. Druga: schować wszystko do kuferka (szuflady, szafy, piwnicy, zahasłowanego katalogu itp.).

Pokusa schowania się

Czy nie kusi cię, przynajmniej od czasu do czasu, ta druga opcja?

Są ludzie, którzy nie znają takiej pokusy. Niekoniecznie są to sławni artyści, o których dzieła dobijają się wydawcy i marszandzi. Czasem to ludzie, którzy muszą sporo dołożyć z własnej kieszeni, by do kogoś dotarło to, co napisali, namalowali, nagrali, czy zaprojektowali. Rozmawiałem jakiś czas temu z taką osobą. Już nie tak młodym (okolice czterdziestki) autorem, który własnym sumptem (i bez szalonego powodzenia), wydaje swoje powieści.

— To przecież oczywiste, że jak coś robisz, to po to, by dotrzeć z tym do szerokiej publiczności! — powiedział, gdy zapytałem go, czy nie kusi go, by trzymać to, co napisał w szufladzie.

— Zgadza się, publiczność się liczy — odpowiedziałem. — Czy jednak nigdy nie miałeś takiej myśli: „A w cholerę, co się będę odsłaniał, narażał na krytykę?”.

Odpowiedź padła od razu: — Nie, nigdy. Pokiwałem głową z podziwem.

— Ja zawsze się boję tego, że ktoś mi powie, że to, co napisałem to grafomania. „Słabe, źle napisane, do poprawy” — takie opinie jestem w stanie znieść. Ale „grafomania”… to by zabolało. I dlatego czasem wolę upchać to, co zrobiłem w szufladzie i unikać jakiejkolwiek publiki.

— No coś ty! Kto by się przejmował?! Mnie wciąż zarzucają grafomanię, ale kto by zawracał sobie głowę hejtem? — powiedział, wzruszając ramionami.

— Słuchaj, a gdybyś miał wybrać — ciągnąłem — z jednej strony samo pisanie, załóżmy, że towarzyszy mu przyjemność, tyle że nie możesz nikomu pokazać efektów… ja wiem, że to wymyślone…

— Rzeczywiście fikcja, nie pisałbym, gdybym nie mógł publikować. A druga opcja?

— Książka materializuje się na twoim komputerze. Żaden plagiat, jest twoja, tyle że jest gotowa w sekundę, choć zdarza się to nie częściej niż czas, jaki normalnie ci zajmuje jej napisanie.

— Czyli co miesiąc?

— Szybki jesteś! Może być co miesiąc. Pojawia się i możesz ją opublikować. I podobnie jak tam pisanie było fajne, tutaj fajna jest reakcja ludzi. Podoba im się, doceniają, biją brawo.

— Oczywiste, że wybrałbym to drugie. Każdy by tak zrobił. A ty nie?

Są ludzie, dla których najbardziej liczy się sama publikacja, wyjście ze swoim dziełem przed świat i to, co dzięki temu jest możliwe: zaistnienie jako autor i najlepiej towarzyszący aplauz, uznanie, brawa, czy inne formy pozytywnych reakcji publiczności. Gdyby mogli, darowaliby sobie całkowicie zamieszanie z pisaniem, malowaniem, komponowaniem, projektowanie i od razu wyszli przed publikę. Często tak zresztą robią. Osoba, z którą rozmawiałem, w ciągu roku publikuje więcej książek niż ja w ciągu dziesięciu lat. Czas guzdrania się z pisaniem skróciła do minimum (co mam wrażenie nieco widać na kartkach jej książek).

Co byś wybrał: publikowanie, czy tworzenie?

Jak jest z tobą? Co jest dla ciebie ważniejsze? Uznanie ludzi, czy własne doznania podczas tworzenia? Reakcja publiczności, czy własne reakcje podczas kreowania? Dzieło, które można pokazać, czy czas, który spędziłeś na jego tworzeniu? Efekt, czy proces?

Co byś wybrał, gdybyś musiał zdecydować się tylko na jedno? To oczywiście sztuczna sytuacja, bo te dwa wymiary są od siebie niezależne, to nie jest jedno albo drugie. Ważne jest zarówno jedno, jak i drugie. Chodzi o wyłapanie pewnego specyficznego stanu, w którym był mój rozmówca, stanu, w którym wyjście do publiczności jest zdecydowanie ważniejsze od samego tworzenia.

Mój rozmówca był skrajnym przypadkiem, waga publikowania w jego przypadku to sto procent, waga tworzenia — zero. Nie trzeba być aż taką skrajnością. Pięćdziesiąt procent dla tworzenia (liczy się, choć dwa razy słabiej niż publikowanie) to wciąż ten sam stan.

Czy ja też jestem grafomanem?

Jest słowo na określenie takiego stanu. Zawsze, gdy je słyszę, nieco sztywnieję. Bo słowo to określa chorobę, na którą ja sam, od czasu do czasu bywam chory. Tym słowem jest „grafomania”.

Potocznie grafoman to ktoś, kto tworzy nieudolne rzeczy. To nie do końca prawda. Kiepskie rzeczy zdarzają się także i wielkim twórcom. Niektórym nawet regularnie i przez jakiś czas — zanim nie opanują swojego rzemiosła. Rozwój talentu wymaga prób, a próby często są nieumiejętne. Czasem nawet i po okresie opanowywania podstaw ludzie co jakiś czas wpadają w banał i słabiznę — bo próbują czegoś nowego, doświadczają regresu, mają w życiu kiepski okres itp. Zgadza się, ci wielcy starają się nie pokazywać tego publice, ale różnie to bywa.

Poza tym, kto może ocenić, czy coś jest bezwartościowe, czy cenne? Gdzie istnieje wzorzec „wartościowego dzieła”? Pogrzebałem przez chwilę w internecie, by sprawdzić, kto jest obecnie uważany za grafomana. Najczęściej oskarżenia dotyczą Remigiusza Mroza, E.L.Jones (autorki Pięćdziesięciu twarzy Greya), a nawet J.K. Rowling. To grafomania, grzmią samozwańczy krytycy, ich dzieła są kiepskie, nieudolne, pozbawione wartości. Zakładając, że te oskarżenia nie są czystym atakiem zazdrości (a często są), czy to, że coś nie zgadza się z twoimi wyobrażeniami na temat „wartościowego pisarstwa”, wystarczy, by autora uznać za grafomana? Remigiusz Mróz pisze zupełnie inaczej niż autorzy, których czytam (np. Graham Greene), nie sądzę jednak, bym odważył się powiedzieć o kimś, kto dostarcza lektury tak wielu osobom: „grafoman”. Mogę powiedzieć, że mi się to nie podoba, ale nie, że brak temu jakichkolwiek wartości. Skoro ktoś bez przymusu kupuje i czyta, to znaczy, że coś wartościowego dla siebie w tym znajduje .

W takim razie może „grafomania” to wyłącznie obelga w ustach zazdrośników i coś, co w rzeczywistości nie istnieje? Nie do końca. Grafomania istnieje i uważam ją za niebezpieczny stan. Coś, w co można wpaść, tak jak wpada się w depresję, czy inną nerwicę (dobra wiadomość: skoro można wpaść, to można i wypaść).

Istotą grafomanii nie jest jednak wartość samego dzieła, bo tej nie jesteśmy w stanie obiektywnie ocenić. Milan Kundera podpowiada, o co chodzi w Księdze śmiechu i zapomnienia: „Kobieta, która pisze do swego kochanka cztery listy w ciągu dnia, nie jest grafomanką, lecz zakochaną kobietą. Ale mój przyjaciel, który sporządza fotokopie swej miłosnej korespondencji, żeby móc ją opublikować, jest grafomanem. Nie jest grafomanią pragnienie pisania listów, dzienników, kronik rodzinnych (a więc dla siebie lub swych najbliższych), lecz jest nią pragnienie pisania książki (czyli posiadania publiczności, nieznanych czytelników)”.

Z kolei Dariusz Śnieżko* (profesor polonistyki ze Szczecina), w artykule Dawni autorzy o grafomanii pisze: „Dolą grafomana jest pusta forma bycia pisarzem — pusta, bo grafoman nie ma nic do powiedzenia, nie ma też swojego języka, w którym mógłby cokolwiek wyrazić, i nie jest to zresztą jego zmartwieniem. Chodzi mu tylko o to, by społecznie zaistnieć w roli pisarza. O to, by karmić swój narcyzm”.

Znam autorkę romansów, której kilka osób zarzuca grafomaństwo. Nie czytam takich książek, nie biorą mnie, wolałbym, żeby były napisane inaczej. Jestem jednak pewien, że zarzut o grafomanię jest niesłuszny, bo wiem, że swoje romanse pisze uczciwie. Tak widzi świat, tak go przeżywa i akurat to chce wyrazić. A że w mojej ocenie, często są to uproszczenia, żeby nie powiedzieć infantylizm? Kim jestem, by mówić komuś, co ma przeżywać?

Grafomania nie wynika z jakości dzieł, ale z podejścia do tworzenia. Grafoman to narcyz, dla którego liczy się tylko publikacja, zaistnienie i uznanie, a nie samo wyrażanie swoich przeżyć, czy wizji świata. Grafoman jest jak populistyczny polityk, który zrobi wszystko, zmieni swoje poglądy o 180 stopni, przyzna rację każdemu — byle tylko go popierał. Populista nie zabiera głosu, jedynie zbiera głosy. Grafoman nie tworzy, jedynie wychodzi przed publikę.

Dla osoby, która naprawdę, uczciwie tworzy, pierwszą publicznością jest ona sama. Twórca maluje, pisze, śpiewa, buduje, wymyśla, odkrywa — w pierwszym rzędzie dla samego siebie. Dla odkryć, dla samego tworzenia, dla przygody, dla podróży, dla czasu spędzonego na działaniu, dla samego zmagania i dążenia ciągle wyżej i dalej.

John Coltrane (genialny saksofonista jazzowy) powiedział kiedyś, mówiąc o swojej sztuce i popularności:„Muszę czuć, że o coś mi chodzi. Jeśli zarabiam pieniądze, nie ma sprawy. Ale chodzi mi o to, by do czegoś dążyć. To dążenie jest tym, czego chcę”.

Twórca przypisuje tworzeniu wagę stu procent. Robi to, by dążyć — odkrywać i wyrażać. Grafoman nie ma takich potrzeb. Liczy się tylko to, by się pokazać, zaistnieć, stać się kimś docenionym. Waga samego tworzenia to dla niego najwyżej jakieś trzydzieści, czterdzieści procent.

Tworzenie jest w pierwszym rzędzie osobistą przygodą. To nie jest mówienie tego, co inni chcą usłyszeć. To nie jest pozyskiwanie głosów jak największej grupy ludzi w każdy dostępny sposób. To nie jest „wszystko na sprzedaż”, czy „napiszę cokolwiek, co wam się spodoba”. To osobista, intymna sprawa. Bez poczucia intymności tworzenia, to, co zrobisz, będzie puste, nieautentyczne, jałowe. Nawet gdy będzie sprawne (zdarzają się utalentowani grafomanii), wciąż będzie jak przemowa populisty, który powie wszystko, co tylko zapewni mu głosy ludzi, nawet gdy w środku czuje coś przeciwnego.

Grafoman jest rodzajem bałwochwalcy. Bogiem jest dla niego odlany własnymi rękami złoty cielec — książka, obraz, opublikowane nagranie itp. — coś, co można wystawić na swoim profilu, czy w jakiegoś rodzaju cv i powiedzieć: Podziwiajcie, to moje, czyż nie jestem wielki? Módlcie się do tego tak, jak i ja się modlę!

Twórca nie jest bałwochwalcą. W pierwszym rzędzie kocha to, co niewidzialne, to czego nie da się dotknąć, pokazać, czym nie można się pochwalić. Czym jest ta niedotykalna rzecz? To czas spędzony na tworzeniu. Czas dążenia, zmagania, odkrywania. Owszem, kontakt z publicznością też jest ważny, ale nie najważniejszy.

James Lord, przyjaciel malarza i rzeźbiarza Alberto Giacomettiego pisze w swoich wspomnieniach o nim, że wszystkim, co miało dla niego jakiekolwiek znaczenie, była „walka o wyrażenie środkami wizualnymi swojego postrzegania rzeczywistości”. Ta walka „przypominała pracę Syzyfa”. Gdy pewnego dnia spotkał go w kawiarni, zanotował: „Taki właśnie, pomyślałem, jest prawdziwy Giacometti: siedzący samotnie z tyłu kawiarni, nie zważający na podziw i uznanie świata. Skazany na beznadziejną walkę, przez całe życie. Czy było dla niego pociechą, że gazety wielu krajów piszą o nim, że wszędzie muzea wystawiają jego prace, że wielu obcych ludzi zna go i podziwia? Nie było. Wcale” (cytat za Rollo May Odwaga tworzenia).

Wiele razy nie publikowałem tego, co zrobiłem. Wiele opowiadań, książek, rysunków, zdjęć schowałem do głębokiego komputerowego kuferka. Wiele razy, zamiast publikować jak szalony, siedziałem zamknięty w swoim pokoju i oddawałem się niekończącym poszukiwaniom. Mógłbym zatem odpowiedzieć płodnemu autorowi wydawanych własnym sumptem książek: „Dla mnie najważniejsze jest tworzenie, popatrz, mam w szufladzie z pięć niewydanych książek i wcale się nie śpieszę z ich wydaniem!”.

Sprawa jest jednak bardziej skomplikowana i myślę, że podobnie jak mój znajomy bywam grafomanem, choć innego rodzaju.

Trzy rodzaje grafomanii

Wiemy, że grafoman jest zapatrzonym w sobie narcyzem. Najbardziej interesuje go zaistnienie. Chce zobaczyć swoją wspaniałość, odbitą w oczach jak największej grupy osób. W takim razie nie ja! Ja jestem myszka, która chowa się do swojej norki, ile razy rozlegnie się głośniejszy hałas. Naprawdę? Istnieją różne odmiany narcyzów.

Grafoman radosny i pewny siebie jest prostym i łatwym do rozpoznania typem. Jest przekonany, że to, co zrobił, jest cudowne, jedyne i niepowtarzalne. Negatywne opinie nie przebijają się przez tarczę jego samozadowolenia. Pisze jedną powieść za drugą, wydaje w tempie natarczywej czkawki, ludzie się krzywią, krytykują, podśmiewają, miejsce na strychu, w którym trzyma paczki niesprzedanych wydań, kurczy się — nic jednak zdaje się do niego nie docierać. Gdy nie podoba ci się jego dzieło, możesz mu o tym śmiało powiedzieć — i tak nic z tego nie zrozumie.

Łatwy do rozpoznania jest także grafoman agresywny. Ten ma nieco większy kontakt ze światem. Rozumie, że ludzie nie uznają go za wielkiego. I to właśnie wzbudza w nim potworną wściekłość. Ludzie są półgółówkami, idiotami, pozbawieni są smaku i rozeznania! Gdyby nie byli, to by od razu zobaczyli, jaki on jest wielki. Gdy nie podoba ci się jego dzieło, lepiej siedzieć cicho, bo pod wpływem krytyki może coś ci zrobić.

Najtrudniejszy do rozpoznania jest grafoman lękowy. Jeżeli nie podoba ci się jego dzieło, to lepiej mu tego nie mów, bo on sam może sobie coś zrobić. Tak bardzo mu zależy na pozytywnej i entuzjastycznej reakcji innych, że każdy potencjalny zawód wydaje mu się cierpieniem nie do zniesienia. To by było straszne, straszne, straszne, gdyby się okazało, że moje dzieło nie jest wielkie!

Lęk sprawia, że unikamy miejsc niebezpiecznych. Jeżeli boisz się duchów, nie pojawiasz się o północy w okolicach cmentarza. Jeżeli boisz się złodziei, nie pojawiasz się w miejscach, w których grasują. Jeżeli boisz się, że ktoś mógłby nie docenić twojego geniuszu, nie publikujesz niczego.

Czy w przypadku takiej osoby, wciąż możemy mówić o grafomanii? Przecież nie publikuje, nie zarzuca świata swoimi dziełami, nie uprawia bezwstydnej promocji, jak dwa pozostałe typki. Myślę, że tak, jeżeli ta osoba wciąż coś tworzy i jeżeli chodzi jej nie tyle o samo wyrażenie siebie, ile o to, by „zaistnieć w roli” (jak określił to profesor Śnieżko), czy przede wszystkim o to, by „posiąść publiczność” (jak to ujął Kundera).

Tyle tylko, że zamiast atakować, oburzać się, kategorycznie się domagać, grafoman lękowy chodzi zgaszony, nieszczęśliwy i zły na siebie. Po prostu jego agresja, zamiast na zewnątrz kieruje się do środka.

Gdybyśmy jednak dokładnie przyjrzeli się rozkładowi jego wartości, dostrzeglibyśmy, że obok wysokiej wartości publikowania jest bardzo niska wartość tworzenia.

Grafomania, jak wspomniałem, nie jest trwałą własnością człowieka (choć niektórzy spędzają w niej całe życie), ale stanem.

Czy dzisiaj, pisząc ten tekst, jestem grafomanem? Co jest dla mnie dziś ważniejsze? Wyrażenie siebie odkrycie, czy zaistnienie przed publicznością?

Jeżeli to pierwsze, to skąd wokół mnie tylu przyglądających się każdemu ruchowi widzów?

Sanktuarium: czy słyszę w sobie jakikolwiek głos?

Piszę w najlepsze i nagle czuję, że ktoś stoi za moim ramieniem. Odwracam się. Jestem w pokoju sam. Wracam do pisania. Znów to uczucie. Tym razem tylko zerkam kątem oka. Mam cię. Ech. Jest was więcej. Cały tłum! Zgromadziła się spora publiczność. Założyli na piersiach ręce, ściągnęli usta, przekrzywili głowy i świdrują mnie swoimi przymrużonymi oczyma.

— Czy to wam się spodoba? — pytam.

— Chyba kpisz — mamroczą, jeszcze bardziej ściągając usta — beznadzieja.

— Aż tak?

— Gorzej. Poniżej krytyki. Armagedon!

— Dobrze, dobrze — jęczę — już poprawiam — ale w głowie mam pustkę. Patrzę w pusty monitor. Gubię się, mamroczę, nie wiem, o co mi chodzi.

Pewnie nigdy nie uda mi się całkiem ich pozbyć, ale moją decyzją jest to, czy w trakcie pisania będę wciąż ich pytał o zdanie i kierował się ich opinią.

— Nie obchodzicie mnie! — mówię — możecie sobie kręcić nosem, ile chcecie — coś tam mamroczą, ja jednak przenoszę uwagę w inne miejsce. Tam, gdzie można spotkać bogów.

Są teorie mówiące, że zanim ludzie stali się zdolni do introspekcji, słyszeli i widzieli bogów. W ten sposób ich twórcza, kreatywna część mózgu (zwana czasem prawopółkulową) kontaktowała się z logiczną, codzienną, zawierającą ego (lewopółkulową). Potem jednak pojawiła się introspekcja i nie było już potrzeby, by wyświetlać hologramów z efektami pracy boskiej części mózgu. Introspekcja stała się czymś w rodzaju linii telefonicznej. Przestaliśmy widzieć bogów, zaczęliśmy rozmyślać, przeczuwać, rozmawiać sami ze sobą, mieć sny itp.

Rozwiązanie znacznie wygodniejsze i szybsze, ale mające słabą stronę: łatwo wyciszyć telefon i przestać odbierać. Łatwo zapomnieć, że mamy w sobie coś więcej niż centrum organizacji codzienności. Nie słyszymy i nie widzimy bogów, jednak nasza twórcza półkula wciąż pracuje. Trzeba tylko nauczyć się wchodzić z nią w kontakt.

Ludzie pierwotni nawiązywali z bogami kontakt we wspaniale położonych świątyniach (jak np. świątynia Apollona w Delfach). To były miejsca odcięte od codzienności, zabiegania, praktyczności i skupione na tym, co w nas duchowe, boskie i twórcze. Potrzebujemy zbudować swoje własne sanktuarium twórcze. Nie w sensie fizycznym, w sensie czasu i nastawienia. Moje sanktuarium twórcze to czas, w którym zadaję sobie pytanie nie o to, czy to się komuś spodoba, ale pytania w rodzaju: „O co mi tak naprawdę, w głębi chodzi? Co środku siebie słyszę? Co jest dla mnie najważniejsze? Co chcę tak naprawdę powiedzieć?”

Aby znaleźć się w tym sanktuarium, trzeba się odciąć od publiki — tej zewnętrznej i wewnętrznej. Trzeba, jak nazywa to Stephen King, zamknąć drzwi oddzielające nas od świata i tworzyć przez jakiś czas, bez otwierania ich.

Trzeba na jakiś czas zostawić za sobą cały świat braw, uznania, recenzji i opinii. Nie możesz wciąż wybiegać myślami w przyszłość, potrzebujesz rozsmakować się w samym tworzeniu (pisaniu, rysowaniu, kodowaniu, projektowani itp.).

Sanktuarium tworzenia to czas, gdy siedzisz nad swoją materią, gdy odcinasz się od możliwej publiczności i przeżywasz przygodę (mówiliśmy o tym sporo w poprzednich rozdziałach, warto jednak sobie o tym wciąż przypominać).

Niuchanie w błocie

Sanktuarium tworzenia, głos bogów — wiem, to brzmi kiczowato. Popatrzmy w takim razie na sprawę, z perspektywy innego obrazu (bo przecież to tylko przenośnia): trzeba zanurzyć ryj w błocie i niuchać.

We Francji do szukania trufli (niezwykle cenionych i drogich grzybów), wykorzystuje się świnie. Z racji niezwykłego węchu, zwierzę wyczuwa zapach grzybów, po czym rozgrzebuje zeschłe liście, ziemię, błoto i je znajduje. Gdy tworzysz, zmieniasz się w tego rodzaju świnkę. Niuchasz i czujesz, że coś się kryje pod powierzchnią. Czujesz aromat, którego nikt inny nie czuje. Żaden tam głos boga, czy muz, po prostu mniej, czy bardziej wyraźny zapach.

Każdy ma węch, ale aby zostać twórcą, trzeba stale ten węch rozwijać — nauczyć się znajdować to, co w tobie prawdziwe i autentyczne.

Czujesz ten zapach? Umiesz zamknąć oczy i skupić się na tym, co tak trudno uchwytne? Gdy już się tego nauczysz, trzeba nauczyć się także ryć w błocie — ciężko pracować, pokonywać trudności, nadawać strukturę swojemu dziełu itp. I jeszcze jednej rzeczy trzeba się nauczyć: nie wolno zeżreć trufli samemu. Są zbyt cenne, kilogram kosztuje około 10.000 złotych. Trzeba oddać je innym: wyjść z tym, co się zrobiło do świata (czyli zrobić coś dokładnie przeciwnego niż to, co sobie do tej pory zalecaliśmy).

Opuść sanktuarium, zanim zacznie w nim śmierdzieć

— No to w takim razie mam gdzieś całe to publikowanie! Odetnę się od świata, zamknę drzwi i będę dłubać! Czy w ten sposób stanę się twórcą?

Twórca nie jest odwrotnością grafomana. To nie jest osoba, dla której tworzenie ma wagę stu procent, a kontakt z publicznością zero. Taka osoba jest nie tyle twórcą, ile amatorem albo uczestnikiem terapii przez sztukę (artoterapii). Malowanie obrazów, tylko po to, by poradzić sobie z własnymi emocjami, jest całkiem fajną i cenną rzeczą, jednak nie jest to tworzenie, a terapia.

Twórca to osoba, dla której ważne jest i jedno i drugie. Tworzę, ale nie tylko po to, by samemu coś odkryć, ale także, by wywołać oddźwięk w innych. Chcę się pokazać ludziom, chcę nawiązać z nimi kontakt poprzez swoje dzieło, ale nie kosztem samego tworzenia.

Gdy w sanktuarium tworzenia przebywamy zbyt długo i zbyt notorycznie (bo nic innego nas nie interesuje), zmienia się ono w śmierdzące stęchlizną kazamaty.

Gdy piszę tylko i wyłącznie dla siebie, gdy tracę całkowicie kontakt z odbiorcą, staję się starym, zrzędzącym ramolem. Moje teksty robią się coraz bardziej skomplikowane, zagmatwane tak, że w końcu sam nie wiem, o co mi chodzi. Wystarczy co jakiś czas wyjść i pokazać to, co napisałem. Czasem nawet sama perspektywa tego, klaruje moje myśli.

Nie warto robić tego zbyt często, ale jeszcze bardziej zbyt rzadko. Każdy ma swoją optymalną dawkę tworzenia w odcięciu od świata i nieprzejmowania się reakcją innych. Niektórzy potrzebują tygodnia, inni dnia. Niektórzy miesiąca, inni godziny. Czasem wystarczy chwila przerwy w spotkaniu, gdy człowiek może usiąść na boku, wsłuchać się w siebie i ogarnąć całość. Czasem potrzeba kilku miesięcy. Wszystko zależy od osobowości i tego, co się robi. Jednak zawsze istnieje jakaś maksymalna dawka. Jeżeli ją przekroczysz, jeżeli będziesz zbyt długo ukrywać przed światem to, co robisz, twój proces twórczy będzie coraz gorszy i gorszy. Efekty twoje twórczości zaczną trącać stęchlizną.

Gdy tworzysz, jesteś swoją pierwszą publicznością, ale nie ostatnią. Oprócz ciebie są też inne kręgi publiczności.

„Moja muzyka jest duchowym wyrazem, tego, czym jestem — mojej wiary mojej wiedzy, mojego jestestwa” powiedział cytowany wcześniej John Coltrane, po czym dodał: „gdy zaczynasz dostrzegać możliwości muzyki, pojawia się pragnienie, by zrobić coś naprawdę dobrego dla ludzi, aby pomóc ludzkości uwolnić się od ograniczeń… Chcę przemówić do ich dusz”.

Gdy dotrzesz do własnej duszy, czymś naturalnym jest pragnienie podzielenia się tym z duszami innych.

Wychodzenie pozwala się rozwijać

Odbiorcy nie zawsze reagują tak, jak byśmy chcieli. Czasem czegoś nie rozumieją, czasem coś do nich nie dociera, czasem najważniejsze okazuje się coś, co dla ciebie miało marginalną wartość.

To kolejny powód, dla którego warto wychodzić do świata z tym, co się zrobiło. Kontakt z ludźmi, obserwowanie ich reakcji, pozwala odkrywać nowe rzeczy i rozwijać się. Reakcja odbiorców na twoje dzieło, jeżeli podejdziesz do niej w odpowiedni sposób, jest informacją zwrotną, która może cię wiele nauczyć. Czasem nawet pchnąć w zupełnie nowym kierunku.

Gdy zaczynałem prowadzić firmę szkoleniową, mieliśmy pomysł tylko na jedno szkolenie. Co gorsza, był to pomysł podpatrzony we wielkiej, międzynarodowej firmie doradczej (oczywiście nie na zasadzie plagiatu, bardziej inspiracji, choć głębokiej).

Gdy przeprowadziliśmy to szkolenie po raz pierwszy, nie zrobiliśmy zbyt wielkiego wrażenia. Myślę nawet, że większość uczestników była rozczarowana. Jednak naprawdę, nie było nas na więcej stać. Umieliśmy stworzyć tylko coś takiego.

Nie oczekiwaliśmy jednak od siebie doskonałości. Nie byliśmy wielkimi mędrcami, ekspertami, ani ludźmi doświadczonymi, którzy najlepiej-wiedzą-co-i-jak. Byliśmy początkującymi, którzy robili-co-mogli. Wyszło, jak wyszło, mogliśmy jedynie, bez żadnych pretensji, w otwarty sposób słuchać, co ludzie mówią i brać pod uwagę nasze własne spostrzeżenia (gdzie były dłużyzny, co się sprawdziło, gdzie nam się kompletnie popultało).

Dzięki temu każde kolejne przeprowadzenie programu (szczęśliwie wciąż byli chętni) różniło się od poprzedniego. Po jakichś dwudziestu odsłonach na naszym szkoleniu pojawiła się osoba, która wcześniej wzięła udział w szkoleniu, jakim się inspirowaliśmy. Stwierdziła, że nasze szkolenie jest zdecydowanie lepsze od tamtego. Powiedziała, że dopiero u nas zrozumiała, o co chodzi i wszystko ułożyło jej się w głowie. To był wielki komplement, bo dotyczyło to naprawdę uznanej i docenianej na rynku firmy doradczej.

W jaki sposób udało nam się przeskoczyć tych, od których na początku ściągaliśmy jak nieprzygotowane uczniaki na klasówce?

Szkolenie, na którym wzorowaliśmy się, zostało opracowane w zaciszu gabinetów, przez ekspertów, którzy dobrze wiedzieli co i jak. Zapewne pracowano nad nim kilka miesięcy. Po opracowaniu rozpoczęła się faza realizacji. Kolejne szkolenia prowadzone były przez trenerów, którzy dostawali gotowy konspekt z krokami, aktywnościami, pomocami, a nawet gotowymi wypowiedziami („Teraz powiedz tak…”, „Podsumuj to w taki sposób…” itp.).

My nie zamknęliśmy się na trzy miesiące w naszym sanktuarium tworzenia, ale co chwila je opuszczaliśmy.

Oczywiście, raz na jakiś czas trzeba było się odciąć i zebrać myśli. Informacje zwrotne od uczestników same niczego nie zmieniają. Po każdym szkoleniu trzeba było zamknąć się w pokoju, zebrać notatki, przemyśleć je, odsiać to, co ważne od tego, co nieistotne, ocenić kierunek, zadać sobie pytanie, czy o to chodzi itp. Różnica polegała na tym, że nie odcięliśmy się od świata na kilka miesięcy, ale przeciwnie, co dwa, trzy tygodnie pokazywaliśmy nasze dzieło grupie kolejnych uczestników.

Coś takiego nie byłoby możliwe, gdybyśmy mieli postawę narcyza, który musi zaistnieć, czy coś udowodnić. Chroniło nas przed tym to, że po pierwsze byliśmy początkującymi, a po drugie, mieliśmy pomysł, by pracować nad szkoleniem iteracyjnie: zamknij się i wymyśl — pokaż, co masz — zamknij się, zbierz myśli i wymyśl — pokaż, co masz… itd.

Chcesz się czegoś nauczyć — wyjdź do świata. Pokaż się. Publikuj, graj, opowiadaj, wystawiaj. Gdy to robisz, słuchaj ludzi. Nie wszystkich. Trolli i zazdrośników możesz sobie darować. Słuchaj tych, na których ci zależy. Potem sam się z tym wszystkim zamknij i zobacz, co twoje doświadczenie zmienia. Jak chcesz to zrobić następnym razem?

Czy to cię przeraża?

Im częściej wychodzisz, tym mniej doskonałe jest twoje dzieło. A niedoskonałe dzieło to możliwość krytyki, negatywnych ocen, braku reakcji, braku powodzenia.

To musi boleć. No, chyba że jesteś grafomanem radosnym albo agresywnym — tych nic nie boli. Możesz być jednak, tak jak ja czasami, grafomanem lękowym. Im większy neurotyzm, (wypływający z przymusu, że muszę zaistnieć i zostać doceniony), tym bardziej boli.

Pytanie jednak, na czym ci tak naprawdę zależy: Na zrobieniu czegoś cennego, czy na zaistnieniu? Co w końcu jest dla ciebie ważniejsze?

Wybierz.

Nie zdziw się jednak, że jeżeli wybierzesz potrzebę pokazania się i zaistnienia, niewiele się nauczysz.

Grafomania nie oznacza automatycznie nieporadności (jak już ustaliliśmy, każdy bywa nieporadny). Często się jednak z nią wiąże. Dlaczego? Bo grafomania impregnuje na rozwój. Jeżeli ciągle wychodzisz, wychodzisz, i wychodzisz, nie masz czasu, by posłuchać siebie i ocenić, czy po wyjściu coś się zmieniło. Aby się rozwijać, musimy zarówno wychodzić do ludzi, jak i odcinać się od nich. Sto procent dla tworzenia i sto procent dla publikowania.

Wbrew potocznym opiniom, tworzenie wymaga zdrowia psychicznego. Neurotyk, który w tym, co robi, jedynie szuka potwierdzenia swojego wydumanego, idealnego obrazu, rzadko coś osiąga (a gdy osiągnie, to jednorazowo).

Przestań szukać własnego ideału, zaakceptuj to, że wciąż jesteś nowicjusze, a wszystko stanie się łatwiejsze. Machnij ręką na zaistnienie i pokazanie się — jako doskonały pisarz, grafik, designer, muzyk, kompozytor, czy jakikolwiek twórca. Dzięki takiej postawie nie tylko łatwiej ci będzie wyjść z tym, co masz, ale będziesz krok za krokiem rozwijać swój talent (nawet, jeżeli w tym momencie ci go brakuje).

Kilka słów o talencie, w jednym z dwóch następnych, ostatnich rozdziałów Energii Twórczej.

Jeden komentarz

  1. W samo sedno! A właśnie się zastanawiałam czy to, że publikuję ma jakikolwiek sens, na co to komu oprócz mnie samej, ale z drugiej strony tak tworzyć do szuflady to już kompletnie bez sensu. Teraz mam jasność sytuacji, bardzo mi pomogłeś, Zbyszku, rozwiać wątpliwości. I cieszę się, bo zrozumiałam, że jednak jestem twórcą. Może lekko lękowym. 😉Dziękuję!
    Jagoda

Zostaw komentarz