Ciężko jest: skąd się biorą pokusy, by sobie odpuścić?

Ciężko jest. Na początku jeszcze jakoś było. Potem schody. Coś zgrzyta, coś się zacina, coś stawia opór.

Wpadłem na ścianę. Chyba się do tego nie nadaję. Jak w ogóle mogłem myśleć, że dam radę? Tylko moja głupota sprawiła, że wpakowałem się w coś, co przekracza moje możliwości. Gdybym popatrzył teraz w lustro, zobaczyłbym wiecznie nieporadne dziecko, które zabłądziło wśród roześmianych gości wesołego miasteczka. Patrzą na mnie i się śmieją. Mają prawo. Czy to nie śmieszne, że ja, taki pozbawiony talentu, taki niepozbierany, niezaradny porwałem się na coś takiego? Gdzie mi do geniuszy, gdzie mi do tych, których wszyscy znają! Gdyby który z nich zniżył się ze swojego Olimpu, miałby niezły ubaw. Nie nadaję się do tego!

Znasz ten stan?

Poczucie, że nie dam rady. Że przeszkoda, przed jaką stoję, jest zbyt trudna. Że jestem za słaby, za mało uzdolniony, za mało twórczy, za bardzo przyziemny, za głupi, za bardzo śmiertelny… Dołek spowodowany tym, że sobie nie radzę, że nie dorastam.

Żadna droga, na której można znaleźć coś cennego, nie biegnie z góry. Tego typu drogi biegną zawsze pod górkę. Na domiar złego trafiasz czasem na pionową ścianę, której nie wiadomo jak się uchwycić.

Jeżeli masz poczucie, że to wszystko nie jest dla ciebie, że jesteś za głupi, że to cię przerasta, że cały ten projekt to tylko strata czasu, że się nie nadajesz, że to tylko fanaberia — to prawdopodobnie jesteś na właściwej ścieżce.

Wiem, to potworny banał, z którego niewiele wynika. Tyle razy i w tylu wersjach go słyszałeś. „Nie poddawaj się! Nie załamuj! Walcz! Dasz radę!”. Okrzyki jak z zawodów bokserskich. Pomagają? Nie bardzo. Nieważne, czy krzyczysz ty sam, czy ktoś inny. Nieważna jak głośno i z jakim przekonaniem.

Powtarzanie sobie tego rodzaju haseł nie działa, bo to tylko słowa. Słowa, które jedynie prześlizgują się po powierzchni góry lodowej.

Nie chodzi o słowa, ale o nasze wewnętrzne, głębokie, często nieuświadamiane postawy i koncepcje — wobec siebie samego, swoich zdolności oraz mechanizmów rozwoju.

Jabłoń po drugiej stronie rzeki: przeszkody i trudności podnoszą poziom energii, gdy wierzymy w możliwość ich pokonania

Wyobraź sobie, że na drugim brzegu strumienia rośnie wspaniała jabłoń (np. taka jak na obrazie Gustava Klimta z 1912). Strumyk jest niewielki, wystarczy większy krok, by go pokonać. Jeżeli nie masz żadnych wątpliwości dotyczących tego, czy uda ci się pokonać przeszkodę, nawet nie zwolnisz. Po prostu robisz krok i zrywasz jabłka. Twoje siły znacznie przekraczają to, co jest potrzebne do pokonania trudności, dlaczego miałbyś nad czymkolwiek się zastanawiać?

Wyobraźmy sobie teraz, że strumień robi się szerszy. Wciąż nie jest to wielka rzeka, ale przyjmijmy, że ma teraz dwa kroki szerokości. Oprócz tego jest bardziej rwący i nieco głębszy. Jesteś w stanie go pokonać? Owszem. Tyle że teraz zauważasz przeszkodę. Co robisz? Zatrzymujesz się, skupiasz i przeskakujesz. Poczułeś to? Przeszkoda sprawiła, że twój poziom energii wzrósł. Jeżeli na naszej drodze stają trudności, co do których jesteśmy przekonani, że nie przekraczają naszych sił, mobilizujemy się. Im zadanie trudniejsze (ale wciąż w ramach tego, co leży w naszym zasięgu), tym mobilizacja większa.

Oczywiście warunkiem jest, by po drugiej stronie  było coś, co ma dla ciebie wartość. Jeżeli nie lubisz jabłek, nie będzie ci się chciało skakać. Jeżeli jednak jesteś ich zwolennikiem, przeszkoda na drodze tylko doda im smaku. Sprawi, że powolny, nudny spacer zmieni się w coś energetycznego.

Jeżeli wciąż będziesz pokonywać ten strumień, z czasem ci się to znudzi. Dlaczego? Bo twoje umiejętności wzrosną. Okaże się, że ten w miarę szeroki strumień w ogóle nie robi na tobie wrażenia. Tak wiele razy go pokonywałeś, że jesteś jeż pewny swojego skoku. Jeżeli chcesz ciągle mieć zabawę, strumień powinien się choć trochę poszerzyć.

Wyobraźmy sobie jednak, że strumień bardzo się poszerza. Nawet za bardzo. Staje się spienioną, szeroką rzeką. Stoisz teraz przed nią bez ruchu. Blokada polega na tym, że przeszkoda, przed którą się znajdujesz, przekracza siły, jakimi we własnym odczuciu dysponujesz.

Jeżeli bardzo ci zależy, by znaleźć się na drugim brzegu, poczujesz złość, żal do siebie i świata, rozczarowanie. Twój poziom energii spadnie albo nawet zwróci się przeciw tobie. „To zbyt trudne, to nie dla mnie, przesadziłem, zabierając się za ten projekt”.

Tego rodzaju poczucie jest rzeczywiste, realne i dojmujące. Pytanie jednak, czy odpowiada rzeczywistości. Czy to naprawdę przekracza twoje możliwości?

Czy trudność, przed jaką stoisz, rzeczywiście przekracza twoje możliwości?

Ocena możliwości jest sprawą subiektywną. Człowiek nie jest maszyną, by można było dokładnie określić, jaka jest jego maksymalna szybkość, udźwig, czy dokładność. Najczęściej możemy tylko zgadywać, czy ktoś da sobie radę, czy nie.

Są ludzie, którzy notorycznie przeszacowują własne możliwości. Wydaje im się, że mogą więcej, dłużej, lepiej, dokładniej itp. Jeżeli w parze z tym idzie zupełny brak kontaktu z rzeczywistością, dostajemy ludzi wkurzających i żałosnych. Wszystko umieją, na wszystkim się znają, ze wszystkim by sobie poradzili. Chwilowo jednak, dla dobra ludzkości oczywiście, zadowalają się udzielaniem rad.

Są także ludzie, którzy mają kontakt z rzeczywistością, nie unikają działania, ale przeceniają (choć nie tak bardzo, jak tamci) własne siły. To najlepsza postawa. Dzięki pewnemu przeszacowaniu osoby te mają w sobie więcej energii, podejmują się trudniejszych zadań i dzięki temu ich rzeczywiste możliwości rosną.

Są jednak także osoby, które nie doszacowują własnych możliwości. Stają przed trudnym kawałkiem i mówią: „Nie, temu na pewno nie podołam, to znacznie przekracza moje siły”. Następnie robią krok w tył i pozbawione energii odpuszczają lub czekają, aż wszystko samo się zmieni.

Tego rodzaju ludzie często czują się zblokowani i zniechęceni. Być może twoje blokady, szybkie zniechęcanie się, czy brak energii wiążą się właśnie z tym, że zbyt nisko oceniasz swoje możliwości?

Gdy czujesz blokadę i chęć wycofania się, zastanów się, na czym polega trudność:

— Z czym nie jestem w stanie sobie poradzić? Co, w moim odczuciu jest znacznie ponad moje siły?

Gdy to zidentyfikujesz, na spokojnie oceń, czy to rzeczywiście jest zbyt trudne?

Nie chodzi o to, by teraz wmawiać sobie, że sobie poradzisz (Dam radę, dam radę, dam radę…). Znacznie lepiej jest odwołać się do konkretnych doświadczeń.

Czy nigdy nie musiałeś poradzić sobie z podobną przeszkodą? Może pamiętasz jakiś doświadczenia, w których wyszedłeś z czegoś podobnego zwycięską ręką?

Czasem wrażenie, że nie dam rady, że to wszystko mnie przerasta, jest złudzeniem, które bierze się np. ze zmęczenia albo nawykowego do autokrytycyzmu. Czasem to wpływ innych ludzi, np. ktoś cię skrytykował i jego ocena, choć ją odrzuciłeś, gdzieś tam w środku wciąż ma na ciebie wpływ.

Może znajdziesz pośród swoich doświadczeń coś, co było nawet trudniejsze niż wyzwanie, przed jakim stoisz właśnie teraz. Skoro udało ci się poradzić sobie z przeszkodą, dlaczego nie miałbyś dać rady i teraz?

Ernest Hemingway wspominał:

Czasami, gdy zaczynałem nowe opowiadanie i nie mogłem go ruszyć z miejsca, myślałem: Nie martw się. Zawsze przedtem pisałeś i będziesz pisał teraz.

Ernest Hemngway „Ruchome Święto”

Odwoływanie się do własnych doświadczeń sukcesów jest najlepszą metodą podnoszenia poczucia własnej skuteczności (self-eficacy). Jego poziom jest z kolei, jak pokazują liczne badania kluczem do poziomu motywacji, jaki czujemy.

Drugim tylko nieco słabszym sposobem podniesienia poziomu wiary we własne możliwości są tzw. doświadczenia zastępcze, tzn. doświadczenia innych ludzi, którzy w naszej ocenie są podobni do nas.

Jeżeli brakuje ci własnych doświadczeń sukcesu, poszukaj ludzi podobnych do ciebie. Mogą to być osoby, które znasz osobiście albo o których tylko słyszałeś. Czy były one kiedyś w podobnej sytuacji, jak ty i dały sobie z nią radę?

Często okazuje się, że wrażenie: „Nie mam szans”, jest po prostu przesadzone. Jednak co jeżeli trudność rzeczywiście przekracza moje możliwości? Co, jeżeli strumień naprawdę jest zbyt szeroki?

A jeżeli to rzeczywiście zbyt trudne? Zawsze możesz się tego nauczyć

A jeżeli to rzeczywiście zbyt trudne?

Zdarza się. Strumień jest tak szeroki, że sprężyna nadziei nie wystarcza, by się odbić i wylądować bezpiecznie na drugim brzegu. Tym razem, gdy tak na chłodno się temu przyjrzeć, nie jesteś w stanie, nie sprostasz, nie dasz rady. Twoje siły są znacznie niższe niż to, co potrzebne. Nie o zdrowe „trochę”, ale o niepokojące „wiele”.

Czy to oznacza, że powinienem się wycofać i poszukać innego zajęcia? Być może. Popatrzmy jednak na to szerzej. Są potyczki, czy nawet bitwy, które warto przegrać, jeżeli dzięki temu jesteśmy w stanie wygrać wojnę.

Dziś, teraz — owszem, nie dasz rady. Czy to jednak znaczy, że nigdy nie będziesz dość silny? Że sprawa jest zamknięta in saecula saeculorum (a nawet: amen)?

Zostaje przecież jeszcze możliwość rozwoju. Jeżeli nie chodzi o fruwanie bez sprzętu, powtórne narodziny, przenoszenie gór siłą umysłu, czy choćby zmianę naturalnego koloru oczu — być może, dzięki temu, czego nauczysz się w tej nierównej walce, za jakiś czas (może miesiąc, może pół roku, rok albo kilka lat) twoje umiejętności na tyle wzrosną, że dopniesz swego.

Jeżeli zinterpretuję porażkę, jako element rozwoju, jej perspektywa nie będzie osłabiająca, pozbawiająca mnie energii, czy dołująca. Czym jest ta mała porażka, skoro prowadzi do wzrostu sił, nabycia doświadczeń i w końcu do sukcesu? Znawca wojennej strategii mógłby pewnie powiedzieć: „Warto przegrać setki bitew, byle tylko prowadziło to, do wygranej wojny”.

Czy nie mogę jednak najpierw nauczyć się tego, co jest mi potrzebne a dopiero potem wystawiać się na porażkę? Najpierw opanować coś na sucho, w bezpiecznych, niezagrażających warunkach, a dopiero potem podjąć ryzyko?

Ćwiczenia na sucho są oczywiście ważnym elementem rozwoju. Jednak ćwiczenia z użyciem drewnianych mieczy to trochę za mało, by stać się prawdziwym wojownikiem. Wiele z najważniejszych umiejętności to takie, które jesteśmy w stanie rozwinąć, tylko wtedy, gdy dostajemy łupnia i odnosimy porażki. Czasem tym porażek potrzeba całkiem sporo, by wreszcie uchwycić, o co w tym wszystkim chodzi.

Aby w końcu stać się znakomitym pisarzem, warto napisać nawet serię kiepskich książek (bez słabych pozycji dla młodzieży, nie byłoby Cienia wiatru Carlosa Ruiza Zafóna). By stać się w końcu genialnym malarzem, warto robić nawet tak nieudolne szkice, jak pierwsze rysunki Van Gogha. By stać się dobrym aktorem warto dać się kilka razy wygwizdać (jak się przydarzyło Jimowi Carreyowi). By zostać najsłynniejszym tancerzem wszech czasów, warto próbować, nie potrafiąc na początku tańczyć; „Nie umie grać, nie umie śpiewać, łysieje, trochę tańczy” — to pisemna ocena Freda Astaire‘a, wystawiona w zgodzie z rzeczywistością przez dyrektora wytwórni filmowej. By zostać mówcą porywającym miliardy, warto zemdleć podczas pierwszego publicznego wystąpienia, jak się przydarzyło Ghandiemu. By stworzyć wielki biznes, warto odnieść nawet serię plajt, jak np. Henry Ford (który został usunięty z dwóch pierwszych firm), czy Jeff Bezos (jeden z jego nietrafionych projektów noszący nazwę zshops, zabrał mu rok życia i nie spotkał się z żadnym odzewem). By zostać najlepszym koszykarzem wszechczasów, warto próbować grać nawet na tak słabym poziomie, że nie chcą cię w szkolnej drużynie koszykówki, jak było w przypadku Michaela Jordana.

Owszem zadanie, przed jakim stoję, przerasta mnie (nie potrafię pisać, rysować, prowadzić biznesu, robić wspaniałych szkoleń, doskonale grać na gitarze, pisać scenariuszy itd.). Owszem, to wszystko jest dla mnie za trudne. Ale wiesz co? To wspaniałe! Jeżeli coś jest zbyt trudne i nie jest niemożliwe, w przypadku człowieka, to właśnie mam doskonałą okazję, by dzięki temu stać się silniejszym.

Nie chodzi jednak o to, by dać się sponiewierać, licząc przy tym, że jakiś rodzaj sprawiedliwości dziejowej doprowadzi do tego, że w końcu passa się odwróci. Nie chodzi, jak pisał Nietzsche o to, że „Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni”. Mam spore wątpliwości co do tej maksymy. To, co nie zabija, często robi z ludzi wudu. Chodzi o aktywną postawę: „Przed czym nie ucieknę, czemu stawię czoło, to mnie wzmocni”. Jeżeli stawię czoła trudnościom, jeżeli będę się zmagać, jeżeli będę uważny, jeżeli nie będę jedynie biernie znosić razów — moje umiejętności będą rosnąć. Im większa przeszkoda, tym bardziej.

Trudności, opory, przeszkody, porażki — to rzeczy, dzięki którym stajemy się bliżsi naszego prawdziwego potencjału. Podejmowanie się zadań zbyt trudnych to okazja, by stawać się coraz lepszym.

Powinniśmy zatem, ile razy spotykamy coś trudnego cieszyć się: — O jak świetnie! Mogę się z czymś zmierzyć! Mogę się czegoś nowego nauczyć!

Dlaczego w taki sposób nie reagujemy? Bo na drodze stoją nasze głębokie przekonania na temat rozwoju.

Koncepcja rozwoju: czy twoje umiejętności są z kamienia czy masy plastycznej?

Kolor oczu, czy wzrost to coś, z czym się rodzimy. Albo masz metr dziewięćdziesiąt, albo możesz co najwyżej chodzić w butach na obcasie. Genetyka, DNA, fizjologia, hardware — tego nie da się wciąż dowolnie zmieniać. Ale software (oprogramowanie, sposób korzystania z ciała) to zupełnie co innego. Gdy zapiszę się na siłownię i będę regularnie podnosić ciężary, rozwiną się moje mięśnie. Gdy będę regularnie ćwiczyć pisanie na klawiaturze, nauczę się to robić szybko i bezbłędnie.

Jedna część naszych możliwości jest wyrzeźbiona w kamieniu, druga jest z masy plastycznej. Ugniatanie kamienia nic nie da. Masa plastyczna (choć twardszy od plasteliny) pozwala się kształtować.

Zmienne — niezmienne; podatne na rozwój — niepodlegające rozwojowi; sztywne — plastyczne: każdy z nas ma tego rodzaju dychotomię w swojej głowie. Używamy jej do myślenia o możliwościach innych osób, ale także o naszych własnych możliwościach.

Kłopot w tym, że nie zawsze poprawnie klasyfikujemy te możliwości. Weźmy taką inteligencję. Kamień czy masa plastyczna? Wiele osób mówi:

— Zdecydowanie kamień! Poziom inteligencji nie zmienia się w trakcie życia. Jeżeli urodziłeś się z wysokim ilorazem inteligencji, masz szczęście. Jeżeli nie, cóż…

Naprawdę? Ten mit jest do dziś popularny nawet wśród niektórych psychologów. Szczególnie tam, gdzie inteligencję utożsamia się z rozwiązywaniem łamigłówek na czas. Dziś inteligencję rozumiemy znacznie szerzej. Rozwiązywanie łamigłówek na czas, ilorazy inteligencji, testy Mensa — to są przestarzałe rzeczy. Autorytet w dziedzinie inteligencji Robert J. Sternberg definiuje ją, jako „zdolność do wyznaczania i osiągania swoich znaczących życiowych celów w danym kontekście kulturowym”. W taki sposób rozumiana inteligencja niekoniecznie jest wyrzeźbiona w kamieniu. Być może nie jest to całkowicie masa plastyczna, jednak w pewnym zakresie możemy ją zmieniać. Mówiąc inaczej, jeżeli ktoś jest głupi dziś, to wcale nie znaczy, że tak samo głupi będzie jutro (i odwrotnie, niestety). Wszystko jest kwestią aktywnego podejścia do rozwoju, konsekwencji i metod treningowych.

Wiele innych naszych możliwości mylnie przypisujemy do grupy „kamiennej”, zamiast „plastycznej”. Mówimy na przykład:

— Nie mam głowy do biznesu

— Nie radze sobie z techniką

— Nie mam głowy do liczb

— Nie mam słuchu muzycznego

— Nie mam wyczucia estetycznego

— Jestem do niczego w kontaktach z ludźmi

— Nie mam żadnych uzdolnień artystycznych

— Nie mam głowy do języków.

Pół biedy, gdy człowiek twierdzi, że nie ma do czegoś głowy, a potem sobie to odpuszcza. Może nieco szkoda, ale ułoży sobie życie na innej ścieżce.

Gorzej, gdy tego rodzaju przekonanie jest ukryte w warstwach przekonań, do których nie mamy dostępu. Zabierając się za coś, liczymy na to, że to coś w nas jest: No przecież jestem w tym dobry, przecież od dzieciństwa wszyscy mi mówili, że się do tego urodziłem. Na pierwszy rzut oka wspaniale, masz tyle wiary w swoje siły! Tylko że na sam widok trudności, gdzieś w środku pojawiają się wątpliwości — A co, gdy jednak tego nie mam? A co, gdy się jednak z tym nie urodziłem?

Załóżmy na przykład, że sprawa dotyczy nauki języka obcego. Kamila w głębi serca uważa, że aby dobrze nauczyć się języka, trzeba mieć do tego głowę. Jeżeli nie masz, na nic wysiłek. Być może takie przekonanie uformowało się w niej pod wpływem znaczących dorosłych (babcia, tato, nauczyciel, koleżanka). Być może to efekt późniejszych przeżyć. Kamila zapisuje się na kurs japońskiego. Przez jakiś czas idzie jej dobrze. Łapie słowa, konstrukcje, radzi sobie z pisaniem.

Coś w jej środku wyciąga wniosek:

— Jest dobrze, mam głowę do języków. Nie jestem jak te beztalencia, które nie potrafią nauczyć się najprostszego języka obcego.

Fajnie jest do momentu, gdy zaczynają się pojawiać przeszkody. A przeszkody muszą się pojawiać, bo materiał robi się coraz trudniejszy, bo każdy rozwój wchodzi w końcu w fazę plateau i aby podnosić umiejętności w takim tempie, jak dotychczas trzeba znacznie więcej się uczyć.

Jak reaguje Kamila? Lękiem. To coś, co było takie zadowolone teraz myśli:

— Oho, może jednak nie mam tego czegoś. Może jednak jestem jedną z tych, które nie potrafią opanować języka obcego.

W efekcie, zamiast więcej próbować bardziej i znosić porażki z nadzieją na poprawę Kamila odpuszcza. Głębokie, ukryte przekonanie na temat możliwości rozwoju sabotuje jej wysiłki. Jedyny sposób, który pozwala pokonywać trudności to zmaganie się z nimi.

Jak to zmienić?

Uwierz w plastyczność mózgu. Nie jesteśmy w stanie zmienić swojego wzrostu czy koloru oczu. Mózg jednak jest w przeważającej mierze plastyczny. Zmiany w nim czasem zachodzą szybciej, czasem wolniej, ale są możliwe. Nie zachodzą jednak dlatego, że sobie tego życzysz, czy dlatego, że prosisz o to niebiosa. Mózg jest rodzajem mięśnia, a by rozwinąć mięśnie, trzeba regularnie podnosić ciężary.

Podejmuj się zbyt trudnych zadań (oczywiście nie szalej), a potem zmagaj się z nimi w aktywny sposób. Twój mózg się wtedy rozwinie. Jego możliwości będą rosły.

Jeżeli nie uwierzysz w jego plastyczność, nie podejmiesz żadnego wysiłku. Przecież nie jesteś szalony, kto przy zdrowych zmysłach brałby się za ugniatanie kamienia? W efekcie nie rozwiniesz tego, czego ci brakuje, a to, co było za trudne, takim pozostanie.

Przyjrzyj się także konkretnym umiejętnościom. Jak myślisz, co jest kluczową umiejętnością w  projekcie, który realizujesz? Od czego zależy sukces ludzi, których podziwiasz (albo przynajmniej tych, którym zazdrościsz sukcesu)?

Czy jest to np. umiejętność ujmowania w proste słowa skomplikowanych rzeczy? Umiejętność zaciekawiania? Sprawna kreska? Umiejętność generowania wielu pomysłów?

Porozmawiaj, przyjrzyj się, przeczytaj wywiady, spisz hipotezy, a potem wybierz to, co wydaje ci się najbardziej istotne. Gdy to określisz, zastanów się, czy z tym się trzeba urodzić, czy też można to nabyć?

Aby w miarę dobrze to robić (na tyle dobrze, by twój wysiłek miał sens, trzeba się z tym urodzić, czy można to rozwinąć?

Jak czujesz, czy umysł w tym zakresie jest plastyczny? W jakim stopniu? Sto procent? Dziewięćdziesiąt? Pięćdziesiąt? A może tylko dziesięć — mała szansa, by móc w miarę dobrze to robić, gdy się człowiek nie urodził ze specjalnymi talentami?

Jeżeli ocena plastyczności jest mała (mniej niż sześćdziesiąt procent), poszukaj przykładów ludzi, którzy rozwinęli w tym zakresie swoje zdolności. Zapytaj tych, którzy to potrafią, w jaki sposób się uczyli. Sprawdź, czy ktoś oferuje jakieś lekcje w tym zakresie.

Jeżeli nic ci nie zostaje, załóż na próbę, że można to rozwinąć. Pomyśl, co by zrobiła osoba, która by w takie założenia wierzyła? Jak by wyglądał jej trening? Jak by do niego podchodziła? Spróbuj przez jakiś czas (co najmniej przez tydzień, dwa) robić to samo. Sprawdź efekty. Mówią „Ucz się, ucz, bo nauka to potęgi klucz”. Nauka nie jest potęgą. Potęgą jest przekonanie, że mogę się nauczyć.

Czy ten tekst to jest to, czego szukasz?

Kliknij proszę, by wyrazić swoją reakcję!

Zostaw komentarz